Skip to content

Recenzja Radości – Śląska Strefa Gender

„Grzegorz Kwiatkowski nie próżnuje. Autor znany z tomików „Przeprawa” [Zeszyty Poetyckie, 2008], „Eine Kleine Todesmusik” [Mamiko, 2009], „Osłabić” [również Mamiko, 2010] wydanych w 2011 r. nakładem Off_Press jako trylogia dwujęzyczna „Powinni się nie urodzić” wydał kolejną książkę.

Tym razem Biuro Literackie z Wrocławia wypuściło na rynek „Radości”. Tytuł co najmniej zdradliwy. Można by rzec: cyniczny. W kompilacji z brakiem okładki (jedynie tytuł i nazwisko autora) sprowadza nas do chłodu typowego dla dykcji gdańskiego poety. Trudno doszukiwać się związku z najbardziej bezpośrednim skojarzeniem do tego słowa – czymś przyjemnym i wesołym.

Dotychczas Kwiatkowski kazał czekać jedynie rok na swoje kolejne dzieła. Przy okazji piątej książki pozostawił czytelnika na dłużej. Z jakim efektem? Mamy do czynienia z wypracowaną, rozpoznawalną dykcją, która była charakterystyczna już od pierwszego wiersza z „Przeprawy”. Symptomatyczne dla autora rwanie narracji, minimalizm oraz lejtmotywy: żydostwo, śmierć, sport. Także nawiązania do kultury niemieckiej czy brutalność i bezkompromisowość nigdy nie były obce poetyce starannie kontynuowanej i kultywowanej przez poetę.

Szybka, rwana i dosłowna fraza okazywała się symptomatyczna już we wcześniejszych książkach autora. Teraz jednak następuje jakby kulminacja – wszystko ulega jeszcze większemu natężeniu. „Radości” są zatem mocną kontynuacją obranej wcześniej drogi. Również i teraz widać jasne nawiązania do Edgara Lee Mastersa – nadawanie zmarłym głosów, tworzenie alternatywnych historii. Czyżby zatem i Kwiatkowski, idąc śladem swojego mistrza, składał wciąż jedną książkę? Możliwe. Wszystkie, bowiem utwory można czytać w ciągłości z poprzednimi – nie spotka nas tu żaden większy dysonans. Okrojone z ozdobników epitafia to od początku najbardziej charakterystyczna cecha tej twórczości i tak najwyraźniej pozostanie.

Coś się jednak zmieniło. Mamy jeszcze mniej słów i większe zagęszczenie nastroju. Historie są skrajnie sugestywne, mięsiste, a jednocześnie piekielnie bolesne. I znów wracamy do okładki. Nastrój wykreowany przez autora nasuwa skojarzenie z graficznym układem liter. Może nie chodzi tu tylko o radości same w sobie, ale rad i ości, a więc śmierć (śmiercionośny pierwiastek) i zgliszcza. Autorowi daleko jednak do liberatury, a więc jest to tylko jedna, obok skrajnej ironii, możliwość interpretacji tej epatującej ciemnością, brutalnością i częściowo retorycznym stylem, książki.
Spójrzmy na wiersz tytułowy:

Wiosną wędrowaliśmy z bratem po lasach
Żeby pozbierać i zakopać zdechłe sarny
Które nie przeżyły zimy
Albo wpadły w sidła
I wykrwawiły się

To były nasze najpiękniejsze lata:
Taczka pełna sosnowych gałązek i smugi krwi
I uczucie radości po dobrze wykonanej robocie
[„Radości”, str. 7]

Wszechobecność śmierci i tragedii buduje tutaj wszystko. Kwestia holocaustu pojawia się tutaj w sposób szczególnie intensywny. Znane z poprzednich książek wątki judaistyczne wyglądają jak zapowiedź. To właśnie w „Radościach” dochodzi autor do punktu kulminacyjnego, a motyw rozbrzmiewa z pełną mocą. Historiozoficzne zaangażowanie pokazuje, za jakże istotny i aktualny temat uznaje Kwiatkowski sprawę rozwiązania kwestii żydowskiej. Czytelnik staje się obserwatorem i słuchaczem historii, które mogą skończyć się tylko w jeden sposób – strachem, bólem i jękiem jak choćby w zestawieniu tragedii skoczka narciarskiego z 1940 r. z innym sportowcem tej dziedziny, którego koniec kariery także nie uratował od makabry :

(…)
mogłem zginąć od razu
i przerwać rdzeń kręgowy
tak byłoby łatwiej

ale resztką sił widziałem zbiegowisko
i z ich krzyków i relacji wyłonił się obraz:

przegryziony język
wystająca kość obojczykowa
i krew wydobywająca się z rękawa kombinezonu
[“Ernst Becker-Lee”, ur. 1905 zm.1940, str. 8]
i:
byłem najlepszy i skakałem najdalej
ale bałem się że skończę jak Ernst Becker-Lee
i ze strachu przerwałem karierę
od kilku lat sparaliżowany
przez stwardnienie rozsiane
dożywam spokojnej starości
[Walter Steiner, ur. 1951, str. 9]

Podobne obrazy przewijają się dosłownie na każdej stronie, a czytelnik nie ma nawet chwili, by odpocząć. Emocjonalny „odcisk” najwyraźniej rośnie bowiem z każdą kolejną książką. Dzieje się to ponadto w tempie odwrotnie proporcjonalnym do ilości słów wypełniających świat między pierwszą i ostatnią stroną okładki. Masochistyczna ciekawość kieruje myśli w stronę nowych, niepublikowanych wierszy. Bo czy po takiej dawce grozy (bynajmniej nie w tanim, komicznym wydaniu!) może być coś intensywniejszego? Czas pokaże. Na ten moment czytelnik „Radości” pozostawiony jest samemu sobie z całym tym bólem i piętnem śmierci. Poddając się lekturze dobrowolnie został on wszak częścią świata, z którego nie sposób uwolnić się bez szwanku.”

Olivia Betcher, www.gender.pl

FacebookTwitter