Skip to content

Recenzja na łamach Dziennika Bałtyckiego

„Nie załapał się do grupy nominowanych do tegorocznych Paszportów „Polityki”, ale był wśród zgłoszonych do nominacji jako jedyny, obok również poety Tadeusza Dąbrowskiego, twórca z Pomorza. A wcześniej znalazł się wśród tegorocznych laureatów Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Twórców w Dziedzinie Kultury. Mowa o poecie i muzyku Grzegorzu Kwiatkowskim. Wyróżniono go jednak nie tyle jako rockmana formacji Trupa Trupa, ile jako poetę, autora zeszłorocznego debiutu „Przeprawa”, potwierdzonego tegorocznej jesieni klasą tomiku „Eine Kleine Todesmusik”. Używam pojęcia klasy, bowiem „Eine Kleine Todesmusik” nie może się podobać, a nawet nie chce się podobać, przymilać, zalecać. Co więcej: brak mu „taktu”, ma w dupie wszelką poprawność, w tym szczególnie oślizgłą poprawność polityczną („homofobiczna pocztówka z Genewy”, „pan Cogito i litera Pisma”, czy właśnie „takt”). Tam gdzie popada w turpizm – ratuje się ironią albo filozofią. Tam gdzie przesadza z prowokowaniem – ucieka w ekspresję uczuć. Tomik cały czas faluje. Od zgrozy do zabawy. „Eine Kleine Todesmusik” jest prawie bez wyjątku zbiorem wstrząsających zmysłowo i emocjonalnie obnażonych wierszy. Aby jednak nie dać się zwieść jego manowcom, warto rozpocząć lekturę od „sterowniczego” cyklu „Centrala”. Zawarta jest w nim dawka jadowitej ironii również pod własnym – artystowskim – adresem. Jedno zdaje się nie ulega wątpliwości: najcenniejszą dla poezji, wręcz świętością dla Kwiatkowskiego jest autentyczność, niezależność (jego) sztuki od wszelkich form nacisku. Oprócz życia. Tutaj jego poezja kontaktuje się z polskim, choć nie tylko, nurtem „poezji przeklętej” (Bursa, Wojaczek), acz nie należy w tym upatrywać daleko idących konsekwencji. Poezja Kwiatkowskiego nawiązuje do różnych tradycji, sprawdza, czy dobrze się trzymają życia jak muru tynk, czy zaczynają odpadać. Dla ruchomych jest bezlitosna. Również dla siebie. I jeśli ktoś zarzuci brutalność jego poezji, może usłyszeć: tak, bo życie jest brutalne. Bo w nim przyjaciel odbija żonę przyjacielowi, jeden chłopczyk zabija drugiego, banda wyrostków gwałci dziewczynkę, ojciec zabawia się nieprzystojnie z córkami itd., itp., aż wreszcie śmierć zrówna nasze struchlałe ciała i zidiociałe umysły – o ile wcześniej nie skasuje naszych istnień. Chociaż i na taką okoliczność powinniśmy być przygotowani, jak bohaterowie powieści, którzy „poszli do krawca gdzie odebrali suknie i garnitury / później udali się na podmiejski cmentarz i wybrali miejsce pochówku / po powrocie do domu wychylili kieliszki z trucizną / i cierpliwie czekali na Eine Kleine Nachtmusik”. („musik musik”) Pojawiło się tu nawiązanie do tytułu tomiku. Tak autor objaśnia jego genezę: – Początkowo chciałem tomik nazwać „Moja mała śmiertelna muzyka”, ale to „moja mała” wydało mi się zbyt bezpośrednie (…). Stwierdziłem, że lepiej będzie „Eine Kleine Nachtmusik”, ale to byłby z kolei zbyt oczywisty cytat i nie odpowiadałoby to kalibrowi tomu, który jest mroczny, pełen śmierci, głównie w znaczeniu rozpadu i upadku człowieka. Schubert jest ciężarem tomu, a Mozart nadaje mu zwiewności. Dlatego z „Eine Kleine Nachtmusik” Mozarta i „Todesmusik” Schuberta powstało „Eine Kleine Todesmusik”. Do tych wyjaśnień też nie przywiązywałbym nadmiernej wagi. Wszystko, co jest tradycją, w poezji Kwiatkowskiego, odgrywa drugorzędną rolę. Smak tego, co pierwszorzędne, daje natomiast pisany na ostro cały cykl „Uve”, głęboko osadzony w bagnie poniżenia kobiet czy odwiecznej walki płci. Przy tej okazji ujawnia się nowy talent Kwiatkowskiego. Talent dramaturgiczny. Nie wiem, jak dalej potoczą się losy Kwiatkowskiego – poety. Jestem jednak prawie pewien, że wkrótce usłyszymy o nim na scenie teatralnej.”

Tadeusz Skutnik

Recenzja do przeczytania również na stronie dziennika.

FacebookTwitter