Skip to content

Recenzja Eine Kleine Todesmusik – Topos

„Musiał się pojawić prędzej czy później. Ton nihilizmu w młodej polskiej poezji. I w końcu zabrzmiał w tomiku „Eine Kleine Todesmusik” gdańskiego poety Grzegorza Kwiatkowskiego (rocznik 1984). Warto przyjrzeć się dokładniej, jak doszło do pojawienia się tego tonu, sięgając po poprzednią, debiutancką książkę Kwiatkowskiego „Przeprawa”.Do czytania razem obu tomików namawia zresztą sam poeta, w kilku lirykach wyraźnie przepijając do bohaterów i sytuacji ze swej debiutanckiej książki. Dlaczego nosiła tytuł „Przeprawa”? Po to by skrótowo i symbolicznie opisać sytuowanie się „pomiędzy”, którego stale trzyma się podmiot tych wierszy. Taką wybrał sobie sytuację biograficzną, przedstawiając samego siebie jako chłopca, chłopczyka wręcz, kogoś, kto opuścił już szczęśliwą krainę dzieciństwa (pytanie zresztą, czy kiedykolwiek realnie ją zamieszkiwał), a nie dotarł do krainy dorosłości, czyli miejsca, gdzie się wprowadzamy i które uznajemy za swoje, także w tym sensie, że odpowiadamy za jego ucywilizowanie. Z tego rodzaju odpowiedzialności „chłopczyk” Kwiatkowskiego jest zawsze zwolniony.

To bycie „pomiędzy” w „Przeprawie” ma kilka dookreśleń. Po pierwsze jest miejscem poza utraconym domem, którego nie można było udomowić, bo został wyidealizowany przez dorosłych, przez co stał się nieprawdziwy, wypiękniony. „Chłopczyk” Kwiatkowskiego patrzy na dom (w wierszu „dom” właśnie), z ostrością, zwykłą w chłopięcym wieku. Widzi więc, że babcia

w słoiku w szafie
trzymała kamienie żółciowe
i używała tanich perfum ”Pani Walewska”

kiedy zachorowała
sikała do kubka
i piła swoje siki
to miało zabić raka
który w niej mieszkał

To także dom, w którym „dziadek jadł margarynę/ a ja jadłem masło” – wspomina bohater wiersza. I od razu zostaje skarcony:

przez ramię patrzy matka:
ty skurwysynu
to była moja matka
nie pisz tak
o mojej matce

więc zaczynam od nowa:

przy zielonej rzece dom
w którym nie piło się moczu
i nigdy nie brakowało masła.

To, co piękne, dobre, czułe okazuje się w wierszach Kwiatkowskiego zawsze jakoś zmistyfikowane, zakłamane. Warto tę atmosferę domu bohatera „Przeprawy” uchwycić, bo z o wiele większą siłą manifestuje się w „Eine Kleine Todesmusik”. Tak jakby stała się archetypiczną sytuacją, poprzez którą poeta rozpoznaje świat wartości. Każda okazuje się zawsze antywartością podszyta, każdy pozór dobra – pozorem właśnie. Kwiatkowskim wydaje się rządzić jakiś przymus nicowania świata, pokazywania go zawsze najpierw od pozornie dobrej, a w chwilę potem od tej złej, podszewkowej strony. W jego świecie niemożliwa okazuje się żadna niezakwestionowana wartość.

W archetypicznym doświadczeniu domu jako miejsca zakłamywania świata szczególne miejsce zajmuje religijne wychowanie. Ziemia Obiecana prawdy, dobra i piękna. Obiecywana – i nie dana. „- kto cię wyrwał chłopczyku/ z ciepłych objęć chrześcijaństwa” – pyta więc samego siebie Kwiatkowski w wierszu „niczym” z „Przeprawy”. W wierszu tytułowym z debiutanckiego tomiku przeprawa na drugą stronę, z brzegu pragnienia na brzeg urzeczywistnienia, okazuje się już niemożliwa.

niech odbudują Jeruzalem
wspólne dla wszystkich
na oczach wszystkich
na ustach radosna pieśń

(…)

po drugiej stronie lustra słychać płacz
i widać podarty płaszcz

ten ktoś nie czuje żywicznego kadzidła które mówi
pokój z tobą tylko we mnie miej upodobanie

Mojżesz nie wszedł do Ziemi Świętej

przeprawa trwa.

Taka byłaby wyjściowa sytuacja bohatera wierszy Kwiatkowskiego. Został on wyrwany z rodzinnego domu, tego biograficznego i tego duchowego, i rzucony w świat. Trzeba jeszcze tylko dopowiedzieć – jaki to świat. Bylejaki. Spsiały jakoś, nie na miarę tych pragnień, których nie potrafi się wyrzec Kwiatkowski. Ton zawodu światem dodaje się w tych wierszach do tonu zawodu po utraconym domu. Bylejakość rzeczywistości mocno odczuwał Kwiatkowski już w pierwszym tomiku. Dawniej świat był na miarę i o coś naprawdę w nim chodziło; dziś polega na banalnych rozrywkach, także literackich. Kiedyś egzystowało w nim realne zło, dzisiaj zamienione w telewizyjnego newsa, jak w wierszu „migawki z BBB News”. Konstatacje nie są może zupełną nowością, ale uderza namiętność, z jaką Kwiatkowski mówi o nijakości znanego mu świata. Za tą pasją kryć się musi głęboki zawód, prawdziwa frustracja. Także coś więcej, godnego odnotowania: odczucie, że ten świat, tweedowo-pluszowy, wygodny, bezpieczny, bezkonfliktowy jest tak naprawdę światem spotworniałym. Wciąga nas w siebie, zasysa, a my nie potrafimy się przed tym obronić.

ten system was wchłonie przyrzekam
ten ciepły potwór was wchłonie

– przepowiada Kwiatkowski w wierszu „opór” z „Eine Kleine Todesmusik”. Jego druga książka jest właśnie próbą stawienia oporu światu, w którym niemożliwe stały się wiara i powaga. Światu, który przez to nie znajduje odpowiedzi na żadne z ważnych pytań, w tym zwłaszcza – pytanie o śmierć. Ba, ale jak mu się oprzeć, skoro nosi się w sobie tę samą chorobę?  „Wypluj wyschłe płuco/zdetronizuj słońce/czcij cień” – formułuje duchowe i poetyckie credo Kwiatkowski. Credo niejasne, ale w tym, co zdaje się sugerować- niepokojące.

Nie należy przesadzać z przypisywaniem komuś pokoleniowego doświadczenia, bo każdy poeta jest osobny. Ale w poezji Grzegorza Kwiatkowskiego, rocznik 1984, wypowiada się chyba jednak pewien generacyjny problem. Problem ludzi, którym nie zostało dane żadne pokoleniowe doświadczenie. W ogóle – żadne doświadczenie. Niczego nie przejęli od swoich rodziców, tych biologicznych i tych duchowych (wart uważnego przeczytania jest wiersz „pan Cogito i litera Pisma” z „Eine Kleine Todesmusik”, otwarcie drwiący z Herbertowskiego moralnego rygoryzmu), znaleźli się także poza tym domem, jakim dla wielu ich poprzedników pozostawało chrześcijaństwo. W co zatem wierzyć? Może w nic? Byłoby to w każdym razie jakimś rozwiązaniem, całkiem kuszącym, jak o tym mówią niektóre liryki Kwiatkowskiego. Kiedy na zdjęciu, zrobionym w czasie rodzinnej wycieczki do Stuthoffu, za plecami dziadka, byłego więźnia, podnosi rękę w nazistowskim pozdrowieniu, natychmiast udaje, że to żart, że to nie na serio, że robi dziadka i nas w balona, ale czytelnik ma powody podejrzewać, że w tym prowokującym przekroczeniu Kwiatkowski odnajduje właśnie jakieś serio, którego tak potrzebuje. To w każdym razie jest czymś poważnym, tak samo jak prowokujące stwierdzenie o odrazie do pedałów, którym chętnie zafundowałby pobyt ”w sercu koncentracyjnego obozu/ albo wytresował psy/powołane do regularnych gwałtów/albo nawrócił go na miłość do kobiety” (wiersz „siły”).  Podobne frazy to jednak coś innego, niż sztubacka prowokacja wobec politycznej poprawności. To ta sama, obawiam się, pokusa, która innemu literackiemu bohaterowi kazała wypchnąć nieznanego sobie człowieka z pociągu. Pokusa nihilizmu.

Musiała się ona w młodej polskiej poezji, zmagającej się z tweedowo-pluszowym światem, kiedyś wreszcie odezwać. Nie można bez końca funkcjonować normalnie w świecie, w którym żadna wartość nie okazuje się możliwa. Ciekawe, czy Grzegorz Kwiatkowski znajdzie w tym dziele jakichś naśladowców.

towarzysze nihiliści: moje ramię jest zawsze tam gdzie wasze ramię
towarzysze nihiliści: nasze serca biją na wieki w jeden trumienny takt.
(wiersz „takt”)

Zaznaczmy jednak, że nie jest to duchowa puenta „Eine Kleine Todesmusik”. Ostatnia część skomponowanego jako kwartet tomiku nosi tytuł „ulga”. Nie przynosi jej jednak opisywana wcześniej niewiara w nic. Ulgę daje na przykład poetycki powrót do rzeczy, ucieczka ze świata, w którym naczelnym problemem jest jakość kawy, parzonej w nowym ekspresie, do świata, gdzie wciąż istnieją góry, morze, „chińskie wiersze/ o rybakach i łodziach” oraz przepływająca pod oknem rzeka, oczyszczająca z niszczącego nas banału. Tylko czy podobne oczyszczenie, powrót do rzeczy, są nam dostępne bez jakiejś wiary? Jeśli wierzyć ostatniemu lirykowi z książki, zatytułowanemu „mandala”, podobny powrót bez wiary nie jest możliwy. Co prawda wiara, jaką kończy się „Eine Kleine Todesmusik”, jest dość rozpaczliwa, z pogranicza baśni, ale to ona staje się zamykającym tomik horyzontem.

Uff, tym razem udało się ją zachować. Bardzo jestem ciekaw, w którą stronę rozwijać się będzie dalej poezja Grzegorza Kwiatkowskiego. ”

Jarosław Zalesiński

FacebookTwitter