Skip to content

Wywiad i recenzja na łamach Noise Magazine

Headache, trzecia płyta trójmiejskiej Trupy, to przykład doskonale zaprojektowanej konstrukcji, łączącej tradycję piosenki z poszukiwaniem psychodelicznego kontekstu tworzącego drugie dno muzyki. W rozmowie z członkiem zespołu, Grzegorzem Kwiatkowskim, próbujemy dowiedzieć się, dlaczego sztuka niszczy charakter i jaki jest jej związek z tzw. rzeczywistością…

Arek Lerch: Zacznijmy od doli muzyka w nadwiślańskim łez padole. Zauważam ostatnio, że granie koncertów czy promocja stają się nie tylko niedochodowe, ale i męczące. Nie uważasz, że zrobiło się na tym rynku po prostu zbyt tłoczno?

Grzegorz Kwiatkowski: Trupa gra mało i jeśli już gra, to nie w przypadkowych miejscach, ale na festiwalach, które w jakiś sposób są tak sprofilowane, że jest miejsce dla naszej muzyki. Gdybyśmy mieli ruszyć w trasę po Polsce i po prostu grać w klubach, skończyłoby się to potężną tragedią. Myślę, że Trupa to kwestia niszowa i nie ma na to specjalnie zapotrzebowania szerszego grona odbiorców. Dla nas nie jest na pewno zbyt tłoczno. W tej niszy jest wiele, wiele miejsca.

Tak czy inaczej można przyjąć, że do muzyki dokładacie. Profesjonalizacja zmusza do trzymania poziomu, a to oznacza potrzebę inwestowania w sprzęt, dobre studia też nie są tanie itp. Zastanawiałeś się kiedyś, „kiedy powiesz sobie dość”?

Trupa nie dokłada do swojej działalności. Wychodzimy na zero albo na plus. Stawki na festiwalach są wyższe niż stawki w klubach. Nikt z nas nie ma ochoty na powiedzenie sobie dość, wręcz przeciwnie, chce nam się coraz mocniej i więcej.

Z drugiej strony – granie w małych klubach, gdzie kontakt z publiką jest lepszy, też ma swój urok. Myślisz, że istnieje możliwość znalezienia złotego środka? Czy o przyjęciu propozycji zagrania w małym klubie decydują jakieś czynniki, nazwijmy to – pozaekonomiczne?

Na pewno zespoły, które radzą sobie w każdych warunkach i zawsze generują ogromną energię, są świetne. Trupa nie jest takim zespołem, ale mam nadzieję, że chociaż po części kiedyś taka będzie. Na pewno nasze wymagania, np. wizualizacje, ogromny ekran za plecami, czyli cały asortyment teatralny, są tu pewnym ubezpieczeniem i obudową muzyki.

Zazwyczaj mamy do czynienia z sytuacją odwrotną – zaczyna się od małych klubów, a kończy na dużych imprezach. A tu strzałka pokazuje odwrotny kierunek, czyli wyzwanie stanowi umiejętność poruszania się w tej mniej przyjaznej rzeczywistości. Zgodzisz się ze mną, że znakiem czasów jest odwrócenie tradycyjnej formy rozwoju zespołu?

Myślę, że strzałka idzie w tradycyjnym kierunku, tylko u Trupy przypadkowo w trochę innym. Ale to kwestia przypadku, a nie znaku czasów.

Nowy materiał Headache – co konstatuję po dłuższym kontakcie z tymże – jest dla odbiorcy wyzwaniem, które trzeba podjąć, by zaprzyjaźnić się z muzyką. Podnosicie poprzeczkę nie tylko sobie, ale i słuchaczowi?

Grając próby i komponując piosenki, nikt nie myśli o słuchaczu, tylko o sobie. Robimy to, rzecz jasna, dla własnej przyjemności. Wydaje mi się też, że nowy materiał jest przystępny, ale najmniej ze wszystkich naszych płyt. To jednak nadal są piosenki.

Piosenki – to słowo jest kluczem i jednym z bardziej niejednoznacznych (relatywnych?) określeń stosowanych w opisie muzyki. Zatem musi paść to pytanie: czym dla Ciebie jest piosenka? Jaka jest Twoja definicja?

Definicja beatlesowska albo schubertowska. Po prostu piosenki. Instrumenty i jakiś wokal. Jeden albo więcej. Nie potrafię tego inaczej opisać.

Dla niektórych piosenka to zwrotka + refren. W takim kontekście muzyka z Headache stoi od takiej definicji bardzo daleko. Z drugiej strony, jeśli szukać pokrewieństwa z The Beatles, trop jest dobry, bo na nowej płycie znaleźć można ukłony w stronę ekipy Lennona. Pamiętasz swój pierwszy kontakt z The Beatles?

Mój pierwszy kontakt z tym zespołem to oczywiście dzieciństwo i jakieś Hey Jude przy okazji świąt. Wiele lat później pracowałem w Liverpoolu jako tak zwany muzyk uliczny i grałem na moście ich piosenki. Oczywiście to trwało chwilę, jeden miesiąc. Ale było to dla mojej egzaltowanej, młodzieńczej psychiki i tak o wiele za wiele. (śmiech)

Zastanawiam się, czy takie akcje mają wpływ na kształtowanie świadomości muzycznej, nawet nie w kategoriach merytorycznych, ale tzw. bytowych? Słowem – szlifują charakter?

Sztuka raczej nie szlifuje charakteru, ale go niszczy. W ogóle myślę, że sztuka jest – to oczywiste i banalne – mocno odseparowana od realności, ma też tę właściwość, że świetnie podrabia realność, stając się od niej atrakcyjniejsza. Czyli jest wręcz nadrealnością. I jeśli się za nią idzie, to nie jest zbyt dobry trop. Sztuka, szczególnie jej ciemne rejony, to destrukcja dla realnego życia i tyle. Ale to już mocne zboczenie z tematu.

W sumie to fascynujące, bo właśnie wykonawcy, którzy odcisnęli swoje piętno na światowej muzyce, doświadczyli destrukcyjnej siły sztuki w prywatnym życiu. Są też tacy, którzy starają się te dwie sfery rozdzielić albo oswoić. W sumie z dobrym skutkiem. Gdzie jest zatem bliżej dla Trupy Trupa?

Trupa jest blisko normalności albo po prostu Trupa jest normalna. Z tym że u nas progi normalności – i mam tutaj na myśli w ogóle nasze „gdańskowrzeszczańskie” towarzystwo – są trochę inne, bo mieszczą w sobie więcej patologii niż zwykle – chodzi raczej o pewną swawolność i nieoszukiwanie siebie w stosunku do tego, że podstawą funkcjonowania jest zapładnianie, rodzenie się, rozpad i cierpienie.

Podoba mi się bardzo określenie „nasze gdańskowrzeszczańskie towarzystwo”. I „pewna swawolność i nieoszukiwanie siebie w stosunku do tego, że podstawą funkcjonowania jest zapładnianie, rodzenie się, rozpad i cierpienie”. Czyli jednak coś w rodzaju mocnego stąpania po ziemi. Gramy, bo chcemy, ale nie zapominamy o tym, gdzie i po co jesteśmy, tak?

Po prostu sobie gramy i spotykamy się, a to co wychodzi, jest też w zasadzie proste – to jakaś materializacja tych poglądów i idei. Ale bez namaszczenia, tylko tak po prostu. Zresztą na nowej płycie piosenka Snow ma taką ładną frazę: I’ve got nothing to hide. Skoro umrę i przeminę ot tak, to powiem o tym głośno, bez ukrywania.

Odchodząc nieco od filozoficzno-socjologicznych wynurzeń, nowy album zebrał zasłużenie dobre recenzje, jest zatem możliwość, że wokół TT zrobi się bardziej gorąco niż dotychczas. Odczuwacie zwiększone ciśnienie?

Wokół Headache dzieją się rzeczy, które nie działy się wokół wcześniejszych płyt. Przy ++ działo się wiele, ale teraz dzieje się jeszcze więcej. Nie ma żadnego ciśnienia, ale na pewno jest nam miło, że płyta się podoba, bo to oznacza, że osób o konstrukcji psychicznej zbliżonej do naszej jest więcej. A skoro jest więcej, to może być potencjalnie bezpieczniej.

Zmieni to Wasze podejście do koncertów? Zdradź, tak statystycznie, ile gracie sztuk rocznie?

Myślę, że gramy około 20 koncertów rocznie. Najpewniej w sierpniu pojedziemy na mini tour z artystami z Blue Tapes (wydawca), m.in. Father Murphy i Tashi Dorji. Prawdopodobnie odwiedzimy też festiwal w Oxfordzie. Coś tam się dzieje, ale to kwestie niszowe i alternatywne. Tutaj nie ma opcji zawodowej. Traktujemy wszystko jako sytuację duchową. Podobnie mam z moimi książkami, czyli tomikami poetyckimi. Mniej więcej co 2 albo 3 lata pojawia się nowa książka. I tyle. Poezję w Polsce czyta mało osób. I co teraz? Mam zacząć pisać prozę? Albo się przebranżowić? Otóż nie. Chodzi o to, że naprawdę i w przypadku Trupy, i mojej poezji nie ma mowy o jakimś zawodowstwie i sukcesie. To po prostu droga oparta na małych kroczkach, a jej ewentualną siłą jest konsekwencja i duchowa autonomia.

To teraz pytanie zupełnie osadzone w nudnym życiu, bo przyznam, że takie aspekty mnie zawsze ciekawią. Co robi Grzegorz, kiedy nie trzyma w dłoni instrumentu bądź pióra? I jak rozgranicza te dwie sfery?

Pracuję w teatrze, ale nie na stanowisku artystycznym. Prowadzę zdecydowanie uporządkowane życie, więc można powiedzieć, że jest nudne. I dobrze. No i do tego pamiętajmy, że Trupa to cztery osoby, a wywiad ze mną nie oznacza, że mówię za zespół i w imieniu zespołu. Każdy z członków powiedziałby co innego i byłoby to również prawdą.

Kiedy patrzysz – jeśli zwracasz na to uwagę – że np. w krajach skandynawskich muzycy są traktowani jako dobro narodowe, otrzymują dotacje itp., nie jest ci przykro, że Polska traktuje alternatywną sztukę nadal jako klatkę pełną małp? To się zmienia, jednak bardzo wolno i uważam, że rock, szczególnie ten poszukujący, jest nadal traktowany mało poważnie…

Nie mogę się zgodzić, ponieważ Trupa otrzymuje zawsze wsparcie marszałka województwa pomorskiego i prezydenta Gdańska. Moja poezja jest również dofinansowywana z programów ministerialnych. Wydaje mi się, że wiele osób w ogóle nie wie, że mają szanse na coś takiego. Ale może rzeczywiście to błąd włodarzy – brak informacji i edukacji. Z drugiej strony traktowanie wszystkiego na zasadzie: „jestem artystą, więc mi się należy”, taka roszczeniowość wydaje mi się patologią. Myślę, że takie sytuacje niszczą sztukę.

Oczywiście, są dotacje – Instytut im A. Mickiewicza itp. Zgadzam się, jednak są to pewne – nie chcę, żeby to zabrzmiało źle – formy bezosobowe. Chodzi mi raczej o szacunek. U nas nadal nie ma tego powszechnego społecznego przekonania, że rock, alternatywa, są wartościowe, w takim oficjalnym wymiarze.

To się powoli zmienia i świadomość tego rośnie. To pewne. Po prostu wszystko dzieje się powoli bo nasza demokracja jest młoda. W dodatku niektóre rzeczy, jak muzyka klasyczna, poezja albo muzyka alternatywna, nigdy nie przebiją pewnego poziomu odbioru, ponieważ są zbyt hermetyczne dla tak zwanego ogółu. I dobrze.

Poezja to coś, nad czym trzeba się zatrzymać, zwolnić i wczuć, natomiast współczesny świat zmusza nas raczej do gonitwy i to coraz szybszej…

Na pewno jest to sytuacja niszowa i niewiele osób obchodzi, ale ważne jest, że mnie to obchodzi i obchodzi to też kilku/kilkunastu znajomych, przyjaciół, krytyków i pisarzy. To wystarczy. Myślę też, że tworzenie takiego swojego mikroświata to jedyna opcja na zdrowe trwanie i nie martwienie się o to, co jest teraz modne i czego większość ludzi słucha, czyta i co kupuje.

Poezja, muzykowanie, zazwyczaj kojarzone są z czymś miękkim, nieagresywnym, tymczasem rzeczywistość jest brutalna. Czy poeta i muzyk Grzegorz Kwiatkowski, kiedy wróg stanie u bram Polski, porzuci poezję i instrumenta, sięgając na wezwanie po karabin?

Nie wierzę, że wróg stanie u bram.

Przewodnik po Trupich płytach:

TRUPA TRUPA LP

Jeszcze nie rozwalają, ale już intrygują. Powiew znad morza jest obietnicą czegoś ciekawego. Alternatywa? Oczywiście, choć w blokach startowych. Polski niezależny świat potrzebuje muzyki, która z jednej strony będzie odpowiedzią na Dni Wiatru Ścianki i blazę Apteki. Jednocześnie Kwiatkowski z kolegami dysponuje charakterystycznym, lekko psychodelicznym brzmieniem i nieprzewidywalnymi aranżacjami, które będą charakteryzować zespół na późniejszych wydawnictwach. Duży debiut jest, wykonało się. Zespół przyznaje się do inspiracji Velvet Underground.

TRUPA TRUPA ++

Duży krok w karierze. Zwracają na siebie uwagę, nagrywając płytę w trójmiejskiej Synagodze. Rozwijają pomysły, coraz bardziej skręcając w stronę eksperymentu, ale takiego w stylu Sonic Youth, czyli obok zgrzytu jest i melodia. Nadal czujemy inspiracje starym dobrym acid rockiem, jednak tym razem nie ma miejsca na beztroskę. Pomost między tym, co było, a współczesnym indie jest wyraźny, ale kładziony bez kompleksów. Nadal przyznają się do fascynacji Velvet Underground, ale dorzucają też Sonic Youth i Fleet Foxes.

TRUPA TRUPA Headache

Siła eklektyzmu w służbie krajowej alternatywy. Najbardziej zróżnicowany, ale też i dopracowany do najdrobniejszych szczegółów album Trupy. Zespół potrafi poskromić aranżacje, wyeksponować melodie, ale też pięknie przykryć wszystko mgiełką lat 70. Możemy mówić o nowej jakości na muzycznej scenie, choć jest to na pewno album pełen pięknych sprzeczności. Tym razem zespół przyznaje się do fascynacji Fugazi, The Beatles i Tame Impala.

www.noisemagazine.8merch.com

FacebookTwitter