Skip to content

Wywiad na łamach Culture.pl

Jak to się stało, że fanem małego psychodelicznego zespołu z Gdańska jest Henry Rollins oraz dziennikarze Pitchforka i Timesa? I dlaczego Grzegorz Kwiatkowski pisze wiersze o eugenice?

Filip Lech: Trupa Trupa była niewielkim gdańskim zespołem psychodelicznym, któremu dość dobrze udawało się docierać do prasy i słuchaczy. Występowaliście na kilku festiwalach, aż w końcu zauważyła was wytwórnia Blue Tapes and X-Ray Records – mały butikowy label z Anglii. Teraz recenzje o was ukazują się w „Chicago Tribune” i „Rolling Stone”; gracie koncerty w całej Europie i Ameryce Północnej. Jak do tego doszło?

Grzegorz Kwiatkowski: To dziwne, bo chyba nie mamy cech, które powinny do tego doprowadzić: jakiś chłopak śpiewa, macha swoim garnkiem na głowie i świeci złotą kiczowatą grabarską koronką w spodniach. Nie ośmielę się na opis moich przyjaciół, ale myślę, że jako całość wyglądamy dość antyinteresująco a może właśnie mieścimy się w słowie „bizarre”. Oczywiście najważniejsza jest sama muzyka i ona ma chyba o dziwo podobne aspekty i w pewnym sensie Trupa Trupa wygląda jak błąd w systemie. I to nieporozumienie wydaje się wielu osobom czymś interesującym. Przede wszystkim jest to interesujące dla nas samych (śmiech).

Tłumaczycie nazwę Trupa Trupa, kiedy gracie koncerty za granicą?

Nie, ale dla wielu osób ta nazwa brzmi bardziej interesująco poza Polską. Czasami ją tłumaczą jako: „Dead Body, Dead Body” albo „Corpse Corpse”. W każdym razie nie mieliśmy za bardzo pomysłu na nazwę. To nasze największe błogosławieństwo – jest nas czterech i mamy cztery różne pomysły. Panuje atmosfera chaosu i demokracji, trudno dojść do konsensusu, ale się udaje. Niedookreśloność nam pomaga. Jest mnóstwo zespołów, które mają swoją wizję, wizerunek i przesłanie. Sprzyjają nam przypadki i stawianie pytań, zamiast dawanie odpowiedzi.

Mówisz, że jesteście demokratycznym zespołem i nie jesteś jego liderem, ale niemal zawsze to ty wypowiadasz się w imieniu zespołu. Czy mógłbyś przedstawić swoich przyjaciół?

Nie mamy lidera, ja jestem tylko najbardziej gadatliwy. Gdybym stał się liderem, moi przyjaciele by z tego zespołu odeszli. Staram się co jakiś czas namówić ich do medialnej wypowiedzi, ale nie są zbyt chętni. Pracuję z mediami, chyba umiem się z nimi komunikować. Wydaje mi się, że oni mają do mediów odpowiedni dystans i kiedy czytają artykuł Sashy Frera-Jonesa, w którym pada o nas o takie zdanie „One of the best rock bands in the world”, reagują śmiechem łamanym na zdenerwowanie. I dobrze. To tworzy odpowiedni balans. Trupa Trupa składa się z bardzo różnych ludzi. Wojciech Juchniewicz jest basistą, wokalistą i współautorem tekstów. Jest malarzem i absolwentem gdańskiej Akademii Sztuki Pięknych, podobnie jak Tomasz Pawluczuk – na studiach mieszkali w akademiku w jednym pokoju. Rafał Wojczal jest filmowcem, fotografem. Może widziałeś jego reportaż „Ra-ba-ba-ba”, który zrobił z Anią i z Adamem Witkowskimi o spotkaniu z ojcem Adama. Ja jestem poetą, właśnie wyszła moja nowa książka „Karl-Heinz M.”.

Jakie miejsce w waszym zespole zajmuje Gdańsk?

Każdy z zespołu odpowiedziałby na to pytanie inaczej i w ogóle odpowiedziałby inaczej na wszystkie zadane przez ciebie pytania. Na mnie to miasto ma niezwykle duży wpływ, z czego przez wiele lat nie zdawałem sobie sprawy, ponieważ byłem pewien, że jestem idealnie odizolowany. Szczególny wpływ miała na mnie i ma sytuacja rodzinna, ale także miejscowa i wojenna, ponieważ obóz koncentracyjny Stutthof jest oddalony od Gdańska o kilkadziesiąt kilometrów. Kilka lat temu razem z Rafałem Wojczalem znaleźliśmy tam niemal pół miliona butów więźniów ze wszystkich obozów koncentracyjnych w Europie, ponieważ Stutthof był centrum reperacyjnym na całą Europę. W obozie Stutthof zdejmowano z butów skórę, którą używano w naprawie odzieży i przedmiotów wojskowych. Walczymy z dyrekcją muzeum, żeby coś z tym zrobiła. To znaczy nie walczymy z ludźmi, ale z sytuacją. Po kilku latach absurdalnych urzędniczych przepychanek oni mają swój absurdalny pomysł – pod naciskiem polskich i międzynarodowych mediów zebrali buty i chcą je zakopać pod pomnikiem ofiar na terenie muzeum. Jestem temu przeciwny. Idąc za książką „Obrazy mimo wszystko” Georgesa Didi-Hubermana, uważam, że te artefakty Zagłady powinny być eksponowane. Powinny być widoczne. Oni uznali, że je schowają. Ponownie ukryją. Mój dziadek i jego siostra byli w obozie. I to doświadczenie ich zakopało. Po wojnie ona po prostu zwariowała a on był raczej cichym, zamkniętym człowiekiem, co w pewnym sensie przeniósł na mojego ojca a on na mnie. Wizyty z dziadkiem w muzeum obozowym wiązały się dla mnie z pierwszymi pytaniami etycznymi. W pewnym sensie nie wyrosłem z okresu dziecinnego, w którym bawiłem się żołnierzykami i np. Westerplatte było w dzieciństwie moim ulubionym miejscem. Dwóch moich przyjaciół z zespołu przyjechało tutaj na studia. Wydaje mi się, że dla nich świat muzyki to świat muzyki. Pewnie nie opowiadaliby o tym, że to miasto ma na nich jakiś szczególny wpływ. Nie mówiliby o historii, morzu, plaży, trójmiejskich zespołach. Plaże są fajne, ale Zatoka Gdańska jest moim zdaniem dość klaustrofobiczna, nie ma takiej przestrzeni, którą daje otwarte morze. Chociaż natura jest dla nas wszystkich bardzo ważna. W Trójmieście mamy też wspaniałe lasy.

Często zastrzegasz, że mówisz górnolotnie, więc też zapytam górnolotnie – a co z Polską?

Jeszcze kilka lat temu myślałem, że Trupa Trupa mogłaby powstać w Anglii, Czechach, na Łotwie – dzisiaj tak nie sądzę. Uważam, że jesteśmy bardzo polskim zespołem. Nasza krzywizna, odstęp od normy – taki chwast mógł wyrosnąć tylko w Gdańsku, w Polsce. Z pewnego niedoinformowania, z tego, że byliśmy niedofinansowani i nie trafiliśmy w ręce supermenadżerów, którzy by nas sformatowali. To, że tak dobrze poruszamy się na błędach, estetyce gruzu, wynika moim zdaniem z naszej historii. Z tego, że jesteśmy zdewastowani rozbiorami, wojnami światowymi, komunizmem. To wpływa na psychikę całych pokoleń i rodzin, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Wasteland, pustka. Tylko, że ta pustka nie jest pozą zachodniego kawiarnianego intelektualisty z bogatego domu, to coś więcej. Miejsce, w którym odbyło się jedn z największych ludobójstw w historii świata. W Polsce panuje atmosfera cmentarza. Jako naród jesteśmy tak zakochani w śmierci, że ciągle z nią tańczymy. Uważam, że to ma odbicie w muzyce Trupy Trupy. Mamy dużo piosenek o śmierci, ale to nie dlatego, że mamy taki pomysł na zespół. Po prostu to wisi w powietrzu, a my chłoniemy to jak gąbka. Te rzeczy wpływają na Trupę Trupa: również demokracja oraz nasze pochodzenie z Gdańska, gdzie wybuchła II wojna światowa, ale również gdzie narodziła się „Solidarność”. Na szczęście jak wspominałem wcześniej jest nas czterech, jesteśmy różni i mamy różne wizje. Więc może być tak, jak mówię, ale pewnie jest inaczej. I muzyka Trupa Trupa to właśnie wypadkowa tych różnych perspektyw.

Słuchając waszych płyt można dojść do wniosku, że piątym członkiem zespołu jest Michał Kupicz – wasz producent. Jego ręka jest bardzo charakterystyczna, słychać ją w brzmieniu wielu polskich zespołów.

Ma na naszą muzykę ogromny wpływ, wyciąga z naszego chaosu ciekawe wnioski. Porównałbym go do George’a Martina, z tym że my nie jesteśmy oczywiście Beatlesami. Nagrywa nas, potem miksuje sesję po swojemu. Zazwyczaj prosimy go o jakieś drobne poprawki, ale najczęściej okazuje się, że miał rację. Kiedy miksował płytę „Headache”, bardzo wiele rzeczy nam się nie podobało, mówiliśmy, że to nie jesteśmy my. Zajęło nam trochę czasu, żeby się z tym oswoić, ale jego wersja była zdecydowanie lepsza.

Nie brzmicie retro, ale absolutnie nie brzmicie też współcześnie. To was wyróżnia, bo brzmicie jakoś naturalnie.

To oczywiście zasługa Michała. Na ostatniej płycie próbowałem go namówić, żeby upodobnił nas do Beatlesów z „Magical Mystery Tour”. Ot taki mój głupi nerwowy pomysł. Błagałem go, żeby to było doprodukowane albo i przeprodukowane. Żeby przepuścił nas przez taśmę i tak dalej. Michał nagrał nas w studiu i powiedział: „Nie, tu już właściwie niczego nie trzeba robić”. Nasza nowa płyta jest prawie w ogóle niewyprodukowana, to w dużej mierze brzmienie ze studia. Siłą naszego zespołu jest to, że to słuchacz ma stworzyć sobie swoją narrację płyty. Nasze rzeczy są trochę niedogotowane. Słuchacz zdecyduje sam, czym jest ta płyta. Dlatego każdy słyszy tam trochę inne odniesienia. Umiemy ogrywać swoje pomyłki. Jesteśmy dość czujni. Tak samo w swojej poezji podsłuchuję, co ktoś mówi w autobusie albo w tramwaju, przepisuję historyczne relacje. Rzeczy leżą na talerzu, tylko nie każdy je widzi. Wystarczy odpowiednio coś wyeksponować. Nie trzeba robić wielkich producenckich autorskich zabiegów. Może dużym autorskim pomysłem jest po prostu odkrywanie lekko zakrytego. Ten gest artystyczny czasami wystarcza.

Na koncertach jesteście zupełnie innym zespołem niż na płytach, bardziej agresywni. Skąd ta agresja się wywodzi?

Cieszę się, że płyty brzmią inaczej niż koncerty. Jest trochę tak, że ja fałszuję a Wojciech Juchniewicz krzyczy. On przed studiami był w Skarżysku-Kamiennej, tam była chyba duża kultura post-punkowa. Wielbicieli Fugazi, Sonic Youth. On mocno buduje atmosferę tego zespołu. Zabiera nas ze swoim krzykiem w pewien mrok. Dlatego właśnie często nasze koncerty są mocne, agresywne, ale i pełne pomyłek. Ciągle mamy problemy. Im większe problemy, tym lepiej. Tak mi się wydaje. Chodzi o to, że każda pomyłka otwiera nas na nową przestrzeń. Wydaje mi się, że mamy bardzo dobra intuicję do ogrywania pomyłek. Ostatnio graliśmy w Pogłosie w Warszawie, w trakcie drugiej piosenki zerwał mi się pasek od gitary, więc oparłem ją o szyję i grałem jak na skrzypcach no i oczywiście do tego śpiewałem. Czasami ludzie myślą, że to jest jakiś show. Na OFF-ie wysiadł nam prąd, potem mój piec gitarowy przestał działać. Zacząłem kopać gitarę, żeby ją uruchomić. Z zewnątrz wyglądało to jak jakiś rockowy performans, a to była po prostu walka ze sprzętem. Podobnie było dwa lata temu na SXSW w Teksasie, gdzie spalił mi się piec. Rok temu, też na SXSW, złamała mi się gitara. Dostałem zastępczą, ale też była zepsuta. Stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia. Darłem mordę, wpadłem w jakąś obsesyjno-kompulsywny stan.

Coraz więcej koncertujecie, ostatnio mieliście trasę w Stanach, niedługo wyruszacie w trasę po Europie.

Wygląda na to, że największe koło zamachowe w tak zwanym przemyśle muzycznym to właśnie koncerty. Gramy o wiele więcej koncertów niż wcześniej. Chociaż moglibyśmy grać i 150 koncertów rocznie i działoby się jeszcze więcej. To byłoby możliwe, bo mamy bardzo dobrych partnerów – reprezentują nas agencje Paradigm Talent Agency i ATC Live. Tylko gdybyśmy grali tak wiele koncertów, chcąc nie chcąc zostalibyśmy profesjonalnym zespołem. To byłby moim zdaniem problem, coś mogłoby się urwać. Słowo kariera jest słowem nie występującym w naszym zespole. Cieszymy się z tego, co mamy. Z naszej krzywości i dziur w zębach. Nie chodzi o dumę z amatorstwa i stawianie siebie w naiwnej opozycji do profesjonalistów. Chodzi o to, że pomyłki często wynoszą nas na dziwne wody i pełna kontrola nad rzeczywistością w pewnym sensie ją wyjaławia, zbyt porządkuje.

Właśnie ukazał się twój nowy tomik poetycki.

Moja nowa książka jest m.in. o eugenice, akcji T-4, eutanazji, ale też o antynatalistycznej empatii. Z empatii do mojej żony, która od dawna marzyła, by zostać mamą, zgodziłem się na dziecko. Urodził nam się syn: Franciszek Lew. Pisałem tę książkę, jak moja żona była w ciąży. Myślałem, że to będzie koniec świata. Koniec mojej poezji i zespołu. Myślałem, że będę musiał się wycofać ze wszystkiego, bo jestem hipokrytą. Ale jest OK. To znaczy jestem teraz strasznym żałosnym hipokrytą. Teraz jeszcze większym, bo jestem ojcem antynatalistą. I mam jeszcze większą niechęć wobec życia. Nie niechęć – współczucie wobec życia. Nie mam niechęci do nikogo. Mam raczej niechęć do mechanizmów, przez które wpadamy w cierpienie, tzn. odczuwamy je i zadajemy innym a potem finalnie wszyscy umieramy.

Cała twoja poezja jest przepisana z różnych źródeł?

Duża część tej poezji to są zapisy prawdziwych zeznań świadków, obserwatorów, morderców. To w pewnym sensie praca rzeźbiarska, znajduję jakiś fragment, który ociosuję tak długo, aż będzie muzyczny. W tej pracy chodzi o to, żeby przywrócić głos. To mój don kichotowski pomysł, który nie każdemu się podoba. Chciałbym wrzucić na teren poezji fakt i historię. Nie chcę robić publicystyki, zależy mi na muzyczności poezji przy jednoczesnym niezakłamywaniu historii i przy zachowaniu wielu perspektyw. No i to wszystko przy jednoczesnym braku estetyzacji cierpienia. Moimi mistrzami na podwórku polskim są Anna Świrszczyńska i jej wiersze z powstania warszawskiego albo Czesław Miłosz ze swoimi „Kronikami miasta Pornic”. Kontynuuję tematy rodzinne i domowe. Doświadczenia mojego dziadka w obozie; mama pracowała całe życie w szkole specjalnej; przez większą część życia mieszkałem obok dawnego Państwowego Zakładu Opieki Społecznej Srebrzysko – jego pacjenci zostali wywiezieni w ramach akcji T-4 do Saksonii i tam zagazowani. Starsze pokolenie ma zastrzeżenia, że ktoś tak młody jak ja – szczególnie wydając „Radości” – pisze w formie liryki maski i to hochsztaplerka, próba skoku na kasę. Tak nie było, ale każdy ma prawo tak sądzić, więc w pewnym sensie tak również było, ponieważ powinniśmy szanować wielogłos i dyskusję.

Nie tylko dajesz głos, ale też tłumaczysz. „Walter Stier” to dosłowne przepisanie fragmentu wypowiedzi tytułowego bohatera z filmu „Shoah”. Zachowałeś znaczenie każdego niemieckiego słowa, np. angielskie tłumaczenie filmu, które jest na YouTubie, tłumaczy ten fragment z istotnymi zmianami.

Masz prawie rację, ale nie do końca. Ostatnie słowa w wierszu nie padają w „Shoah”. Ostatnie słowa to taka moja zapadnia do piekła. W każdym razie robię różne ścinki, zapisuję rzeczy na niedziałającej, popsutej Nokii 3110, ma bardzo mało miejsca na wiadomość, do 100 znaków. Muszę się zmieścić w 100 znakach, ale to wystarcza na cały wiersz. Problem z telefonem działa na korzyść poezji, bo wymusza lapidarność. Idealną sytuacją w poezji jest dla mnie stworzenie krajobrazu z różnymi głosami, narysowanie różnych postaw – i to czytelnik powinien sam zdecydować, o czym to jest, po której stronie jest. Może nie jest po żadnej, nie musi być po jakiejś stronie. Najważniejsze pytania to dla mnie te największe. To, że człowiek się rodzi i umiera i jeszcze w międzyczasie cierpi i zadaje cierpienie innym – do dzisiaj tego nie rozumiem. Nie rozumiem też zabijania. Może inaczej. Rozumiem, ale nie rozumiem. Czasami myślę, że rozumiem – w kwestii czysto biologicznej, zdobywania terytorium. Ale kiedy czytam o tym głębiej, znowu przestaję rozumieć. Mój problem jest ze zrozumieniem zła, jego obecnością i celowością.

Nie kusi cię umuzycznienie swojej poezji?

Nie wiem.

Wiersz „Szymon Srebrnik”, zresztą to też bohater „Shoah”, kończy się słowami: „nie nie nie”. To bardzo piosenkowe.

Nie myślałem o tym, ale jeśli przypadek albo wypadek mnie ku temu pokieruje, to tak zrobię. Na pewno jest dla mnie bardzo ważne, żeby Trupa Trupa i jej ustrój demokratyczny nigdy nie zmienił się w zespół Grzegorza Kwiatkowskiego i Trupę Trupa. Zresztą jest to kompletnie niemożliwe.

Jak wpływają na siebie doświadczenia muzyka, piosenkarza i poety?

Przez wiele lat bardzo paranoicznie próbowałem oddzielić od siebie poezję i muzykę, ale jakiś rok temu się poddałem i uznałem, że to jest bez sensu. Jestem za demokratycznym ustrojem, ale nie mogę udawać, że nie jestem poetą. Te dwa światy są sobie bardzo bliskie. Prawie wszystkie moje teksty na płycie – bo nie tylko ja piszę teksty w Trupie – są podobne do „Szymona Srebrnika”. „No one, nowhere”, „I dream about”, „Anyhow, anyway”. Nazywam nową płytę żartobliwie ”Samuel Beckett Lonely Hearts Club Band”, bo to album piosenkowy, lekko rozrywkowy, ale teksty są jak dojście do językowego muru, właśnie antyrozrywkowe i antyestetyczne, ponieważ moja poezja to w zasadzie antypoezja. Wydaje mnie Biuro Literackie, to najkrótsza książka, jaką wydali w swojej karierze. Trzy poprzednie książki mają po 22 dość krótkich wierszy. Nowa ma 21 wierszy, które są jeszcze krótsze. W mojej poezji doszedłem do pewnego muru. „Of The Sun” też jest dojściem do pewnego minimalistycznego muru. Po urodzeniu dziecka i po najnowszych niewydanych jeszcze piosenkach widzę, że nowe rzeczy z Trupa Trupa będą czymś ciemniejszym, agresywniejszym, ale bardziej zanurzonym w życiu. W pewnym sensie czas się ponownie ubrudzić, żeby nabrać mięsa, ciała i życia. Wydaje mi się, że za tym minimalistycznym murem już nic nie ma. Gdyby powtórzyć ten gest, byłby jałowy. Na szczęście w naszym życiu dzieją się różne pozornie błędne i niepotrzebne rzeczy i te doświadczenia słychać w naszej muzyce. Nigdy nie miałem zwierząt, nie miałem psa. Teraz mam małego syna, który jest rano po prostu uśmiechnięty i szczęśliwy i to jest rzecz, z którą muszę się zmierzyć. Jakoś ją sobie oswoić i wytłumaczyć.

www.culture.pl

FacebookTwitter