Skip to content

Wywiad na łamach Gazety Wyborczej

Blisko rok temu ukazał się ich album „Jolly New Songs”, który otworzył im drzwi do koncertów na całym świecie: przez Europę i Stany Zjednoczone trafili do Japonii. Jak do tego doszło i jaki był dla nich ten rok, opowiada jeden z wokalistów i współautor tekstów Grzegorz Kwiatkowski.

Małgorzata Muraszko: Blisko rok temu ukazało się „Jolly New Songs”. Czy ten album zmienił coś w waszej karierze?

Grzegorz Kwiatkowski: Wydaje mi się, że ten album był drugim po płycie „Headache” rozsądnym krokiem. Mam wrażenie, że doszło do synergii i album „Headache” był również konsumowany w trakcie promocji „Jolly New Songs”. Dzięki tej płycie, wydanej jako kooperacja brytyjskiej wytwórni Blue Tapes and X-Ray Records i francuskiej Ici d’ailleurs, otrzymaliśmy wiele zaproszeń i wręcz nierealnych propozycji, a jej recepcja trwa tak naprawdę do dziś.

Jak po roku oceniacie ten materiał?

– Jeśli chodzi o ocenę szczegółów, np. kolejności utworów na płycie, to każdy oceni ją inaczej, bo miał na nią inną propozycję. Jednak na pewno wszyscy jesteśmy zadowoleni z materiału i dlatego ten album ujrzał światło dzienne. To jest dziwny album, który wymaga wielu odsłuchów, zanim wytworzy się jakaś indywidualna narracja i opowieść. I stąd właśnie te cztery propozycje tracklist, ponieważ dało się ten album opowiadać i układać na wiele sposobów i za każdym razie był on czymś innym. W każdym razie ja osobiście cieszę się, że to nie jest „Headache” bis. Znam osoby, które są większymi zwolennikami „Headache” albo „Jolly”, i cieszę się, że panuje taka różnorodność. Szczególnie cieszę się z piosenek, które były dla nas samych trochę niezrozumiałe, np. „Falling” albo „Only good weather”. Po premierze okazało się, że te niezrozumiałe, zagadkowe rzeczy mają swoje dobre, mocne i osobne życie.

W tym roku mieliście okazję koncertować za granicą więcej niż do tej pory. Stany, Hiszpania, Francja, Szwajcaria, Czechy, przed wami jeszcze Waves Vienna i Islandia. Jak za granicą jest odbierana wasza twórczość? Bo w trendzie przyjemnej i tanecznej muzyki elektropopowej czy muzyki z pogranicza R&B i hip-hopu nie jesteście.

– Mamy bardzo dobre doświadczenia, jeśli chodzi o koncerty zagraniczne. Oczywiście zdarzają się wpadki i potknięcia, ale to właśnie one uczą najwięcej i dzięki nim odbywa się największy rozwój. Wydaje mi się, że we Francji albo w Anglii jest trochę więcej słuchaczy gitarowej muzyki. Poza tym nasze płyty ukazały się głównie na tamtych rynkach, zatem w naturalny sposób zainteresowanie było odrobinę większe niż tutaj. W każdym razie zarówno przyjęcie koncertowe, jak i recenzenckie jest dla nas do dzisiaj bardzo dobre, mimo że ta płyta nie działa w sposób ekspresowy i wymaga wielu przesłuchań. Zawsze wtedy, gdy już mi się wydaje, że jakiś koncert czy festiwal zakończy opowieść o „Jolly New Songs”, to kilka tygodni później dochodzi coś nowego. Chociaż myślę, że zbliżające się Waves Vienna (27–29 września) i Iceland Airwaves (7–10 listopada) to będą już na pewno te ostatnie kroki. Z drugiej strony album trafił właśnie do Japonii.

Jak do tego doszło? Czy planujecie się tam wybrać z trasą?

– W sierpniu album ukazał się w japońskiej wytwórni Moorworks. Propozycja przyszła po naszym sukcesie na festiwalu SXSW w Austin w Teksasie, w marcu tego roku. Moorworks to również agencja koncertowa i zaproponowali nam japońskie tournée. Musimy zbadać sprawę pod lupą i pomyśleć, co dalej. Powinniśmy stawiać właściwe kroki i na pewno pośpiech nas nie zbawi. Zatem kontynuujemy filozofię drobnych kroków i ewolucji, a nie rewolucji, i w wyniku tego pewnie w którymś momencie tam zagramy.

Co teraz przed wami? Jak będą wyglądać najbliższe miesiące dla zespołu?

– Poza Islandią i Wiedniem czeka nas nagranie nowej płyty, która zapewne ujrzy światło dziennie w drugiej połowie 2019 r. Mamy nadzieję, że to będzie dobry i rozsądny krok. Więcej szczegółów wkrótce.

www.wyborcza.pl

FacebookTwitter