Skip to content

Wywiad na łamach Trójmiasto.pl

– Nie czujemy się żadnym towarem i kategoria nacjonalizmów w muzyce nas zdecydowanie nie przekonuje – mówi Grzegorz Kwiatkowski, wokalista gdańskiego zespołu Trupa Trupa. Nie da się jednak zaprzeczyć, że bieżący rok to pasmo sukcesów i kolejnych kroków milowych, które formacja zrobiła i jeszcze zrobi.

Patryk Gochniewski: Kiedy rozmawialiśmy pod koniec ubiegłego roku, powiedziałeś, że nigdzie się nie spieszycie. Że najważniejsze są dla was piosenki i świadomy rozwój. Ale tyle się od tego czasu wydarzyło, że chyba jakaś presja zaczyna się pojawiać.

Grzegorz Kwiatkowski: Wydaje mi się, że nadal najważniejsze są piosenki i ewentualna presja dotyczy rozwoju duchowego i piosenek właśnie, a nie warunków zewnętrznych. Naokoło nas rzeczywiście dzieje się więcej niż kiedyś, ale na całe szczęście mamy taką strukturę zespołu, że większość z nas jest zupełnie impregnowana na tego typu sytuacje.

Ten kurz po wydaniu „Jolly New Songs” zdaje się nie opadać. Najpierw był światowy boom medialny, za nim poszedł boom koncertowy i wytwórniowy. Byliście chociaż trochę przygotowani na tak duże zamieszanie?

Będę się trochę powtarzał, ale większość z nas nie przeżywa tych medialnych „hype’ów” i boomu. I kiedy spotykamy się w sali prób, tematem nie są przeżycia z festiwali albo sytuacje medialne, ale po prostu piosenki i to, jak sprawić, aby dana piosenka była dla nas interesująca.

Na SXSW czy Primaverę byle kogo się jednak nie zaprasza. Open’er też jest sporym festiwalem, ale jednak skierowanym do nieco innego odbiorcy. Gdzie trema była największa?

Z tremą jest u nas też różnie. Część z nas raczej nie ma tremy. Natomiast ja jestem największym panikarzem. Moim zdaniem występ na SXSW był bardzo stresujący z powodu raczej słabych warunków technicznych i braku prób przed koncertami. Ale te wszystkie słabe warunki techniczne zagrały na naszą korzyść, ponieważ związane z nimi stres i adrenalina zadziałały jak mieszanka wybuchowa.

Uważacie występ w Teksasie za najważniejsze, co was do tej pory spotkało?

Za najważniejsze, co nas spotkało uważamy same płyty. Jesteśmy bardzo zadowoleni z „Headache” i „Jolly New Songs”. To nas cieszy. Koncerty są u nas na drugim miejscu i na pewno każdy ma inny ranking swoich najlepszych koncertów. Moim zdaniem SXSW było najważniejszą sytuacją koncertową w historii naszego zespołu i przyniosło nam masę wspaniałych, wręcz nierealnych propozycji.

Jaki był ten koncert w Stanach, dla zupełnie innej publiczności niż tej w Europie?

To była publiczność głównie branżowa, czyli bookerzy, pracownicy AR (szukający nowych zespołów) i dziennikarze. Tak jak wspomniałem wcześniej: brak prób, prowizoryczne warunki techniczne. Wszystko działo się bardzo szybko i ogromnie nerwowo, ale dzięki temu nastąpiła eksplozja.

To chyba była dopiero ta prawdziwa trampolina do sukcesu. Pisano o was w „Rolling Stone”, w sierpniu japońska wytwórnia Moorworks podpisała z wami kontrakt…

Rzeczywiście, wydarzyły się zaskakujące rzeczy, szczególnie że dotyczą one bardzo niszowego zespołu. Nie tylko wydarzyły, ale wciąż wydarzają. O wielu z nich nie możemy zresztą na razie publicznie mówić. Z tym że, naszym zdaniem, prawdziwym sukcesem jest nagranie dobrej płyty albo napisanie dobrej piosenki, a odbiór zewnętrzny jest istotny, ale nie najważniejszy.

Wielokrotnie podkreślaliście, że Trupa żyje własnym rytmem. Ale nie uwierzę, jeśli mi powiesz, że nie zaczęły wam się pojawiać myśli, że może uda się z tego zrobić wasze główne zajęcie. Zwłaszcza teraz, kiedy mówi się o was i chce się was na całym świecie.

Nasza muzyka wypływa jednak z naszego mieszczańskiego, dość wygodnego rytmu i nie mamy też piętnastu lat. Zatem owszem, testujemy różne nowe drogi, ale robimy to uważnie i z pokorą, i nie planujemy wielkich życiowych przemeblowań czy rewolucji.

Tour po Azji w planach?

Moorworks, czyli japońska wytwórnia, która wydała właśnie „Jolly New Songs” jest również agencją koncertową i zaproponowała trasę. Musimy, jak zwykle, to wszystko zważyć i zmierzyć, zbadać pod lupą i oby się, rzecz jasna, udało.

Kiedyś rosyjski zespół Mumiy Troll zagrał koncert we wnętrzu wulkanu. Ale wasze niektóre miejsca też są majestatyczne – jak się grało we Francji z górami w tle?

Koncert w Chamonix z Mont Blanc za plecami to była sytuacja i wspaniała, i surrealistyczna. Szczególnie że dowiedzieliśmy się o tym na chwilę przed wydarzeniem.

Jak to na chwilę przed?

W trakcie naszej zimowej francuskiej trasy graliśmy na festiwalu Hors Pistes w Annecy, u podnóża Alp. Dziennikarze z Balcony TV, z oddziału Chamonix, zorientowali się, że gramy nieopodal i po prostu nas do siebie ściągnęli.

Teraz przed wami Wiedeń oraz Islandia. Czuję, że na wyspie was pokochają – w końcu to kraj, który zrodził wielu melancholijno-psychodelicznych twórców.

Cieszymy się i na Waves Vienna, i na Iceland Airwaves. Mam nadzieję, że to będą udane sytuacje koncertowe i towarzyskie, ale też krajoznawcze. Szczególnie Islandia.

Macie już jakieś plany na kolejne wydawnictwo czy na razie zbyt wiele się dzieje wokół „Jolly New Songs”?

Jesienią i zimą nagrywamy kolejną płytę. Więcej szczegółów podamy wkrótce.

Przyszłoroczny sezon festiwalowy zaczyna się powoli kształtować – wiecie już może, gdzie zagracie albo gdzie chcielibyście zagrać? Może eklektyczne Glastonbury?

Właśnie dopinamy współpracę z nowymi partnerami i agencjami bookingowymi. Na pewno uda się odwiedzić ciekawe miejsca. Chociaż my najbardziej lubimy grać w miejscach kameralnych typu londyńskie Cafe OTO albo reński Terminus Bar czy gdański klub Żak. Nasza muzyka sprawdza się najlepiej w takich warunkach, a nie w sytuacjach festiwalowych.

W tej chwili obok Behemotha jesteście największym towarem eksportowym polskiej muzyki. Jak się z tym czujecie? I jak zapatrujecie się na to, że jedynie zespoły z dość niszowych, ekstremalnych gatunków potrafią zainteresować zagranicznego odbiorcę?

Nie czujemy się żadnym towarem i kategoria nacjonalizmów w muzyce nas zdecydowanie nie przekonuje. Po prostu gramy sobie muzykę, a dzięki nowym technologiom granice państw nie stanowią dużej przeszkody. Nie ma też na pewno jednego zagranicznego odbiorcy. U nas zadziałała mocno kwestia przypadku. Nam zaproponowano wydanie płyty w angielskim labelu. Gdyby tego nie zrobiono, nikt by tam o nas nie słyszał. Dostaliśmy szansę i z niej skorzystaliśmy, ale nie ma tutaj jakiegoś przepisu i algorytmu. Może poza tym, że warto wierzyć w to, co się robi i komunikować się efektami z zewnętrznym światem, ponieważ najpewniej nikt nie przyjdzie do naszej piwnicy albo garażu.

Jakie uczucia w was teraz przeważają – duma, pokora, strach, ekscytacja?

To zależy u jakiego członka zespołu. Ja mam zawsze przed każdą płytą czas gorączki i paranoi. Trwa on aż do przesłuchania pierwszej albo drugiej wersji miksu. Potem gorączka opada i zaczyna się kolejna gorączka. I tak od lat.

Patryk Gochniewski, www.trojmiasto.pl

FacebookTwitter