Skip to content

Oko dostrzegające grozę świata – Józef Olejniczak

Marta Tomczok w recenzji[1], a później raz jeszcze już we wspólnym z Pawłem Tomczokiem artykule o czterech tomikach wierszy Grzegorza Kwiatkowskiego[2], wytacza/wytaczają przeciw nim najcięższe działa. Zarzuca/zarzucają Kwiatkowskiemu manipulacje, etyczny relatywizm, a w ostatecznym rozrachunku także rodzaj współczesnego szmalcownictwa (to moje określenie) polegającego na konstruowaniu poetyckich obrazów żerujących na motywie Zagłady prowadzącym do banalizacji i przemieszczeniu go w przestrzeń kultury popularnej[3].

Dla ilustracji przytaczam zdania powtarzane w tych tekstach, a dla autorki/autorów zapewne istotne, bo graficznie zaznaczone w nich w wyraźny sposób; „Projekt Kwiatkowskiego raczej irytuje i każe pytać o granice przyzwoitości w sztuce”[4]; „Zagłada zbyt często staje się katalizatorem zupełnie innych treści niż te przez nią reprezentowane”[5]; „Manipulacja Kwiatkowskiego prowadzi do pominięcia informacji i zmiany perspektywy”[6]; „Kwiatkowski miesza ze sobą sprawców i ofiary w ich wspólnej banalności”[7]; „Widz takiego spektaklu uczy się obojętności wobec cierpienia innych”[8]. Arbitralne oceny mocne, a jest ich w obu tekstach więcej, moim zdaniem bardzo krzywdzące, chybione i po prostu nietrafnie uargumentowane… Recenzja ukazała się w „Wizjach” („Aktualnik”) w czerwcu 2020, artykuł nieco później, obydwa teksty wywołały polemikę i rodzaj obrony poezji Kwiatkowskiego – najmocniejszą Małgorzaty Melchior, Piotra Mitznera i Stanisława Obirka; oraz solidaryzujące się w znacznym stopniu z ocenami Marty i Pawła Tomczoków – Anny Kałuży.[9]

Od ukazania się ostatniego tomiku Kwiatkowskiego (Karl-Heinz M.), a potem recenzji Marty Tomczok, miotały mną dwa sprzeczne pozornie uczucia: 1. Pozytywne – pierwsza lektura wierszy Kwiatkowskiego i poczucie „prywatnego” odkrycia nowego, silnego i oryginalnego poetyckiego głosu artykułującego najbardziej tragiczne doświadczenia człowieka w XX wieku; 2. Negatywne – zaskoczeniem napastliwą i autorytatywną krytyką Marty Tomczok, wzmocnioną nieco później artykułem Marty i Pawła Tomczoków.

Nie jestem i nie czuję się krytykiem literackim, mało, prawdę pisząc, interesują mnie toczące się współcześnie spory krytyków literackich, a większość z nich zdaje mi się po prostu jałowa, więc stosunkowo (jak na wymiar bieżących krytycznoliterackich polemik) długo nie upubliczniałem swojego w sprawie wierszy Kwiatkowskiego stanowiska. Jednak – być może przeżywany czas pandemicznego odosobnienia miał na to wpływ – postanowiłem podjąć próbę jego artykulacji. Bo recenzja i artykuł o poezji Kwiatkowskiego są moim zdaniem ilustracją niepokojących zjawisk coraz powszechniejszych we współczesnej praktyce krytycznoliterackiej, także – i tu mamy do czynienia z taką sytuacją – wyrastających lub wrośniętych z lub w środowiska lub środowisko literaturoznawstwa akademickiego. Ta druga („negatywna”) emocja stała się impulsem do napisania niniejszego artykułu. Wyjaśniam żeby uniknąć jakichkolwiek nieporozumień – po prostu protestuję tu przeciw takiemu uprawianiu krytyki! I to pomimo tego, iż twierdzę, że: 1. Każda lektura tekstu jest jego uprawnioną i pełnoprawną interpretacją; 2. Interpretacja jest przestrzenią wolności, zwątpienia i kreacji, w której nie powinno mieć miejsca dla zakładanych a priori ideologicznych przesłanek.

Nim rozpocznę polemikę, jako kontekst, przywołam fragmenty, obydwa a propos, chociaż dotykają odmiennych sfer mojej niezgody na opublikowane przez Martę i Pawła Tomczoków teksty. Pozostawię je bez komentarza w nadziei, że nie zostaną w opaczny sposób zrozumiane.

  1. Witold Gombrowicz w 1938 roku w następujący sposób, ironizując z współczesnej mu praktyki literackiej, „interpretował” Sanatorium pod klepsydrą Brunona Schulza: „Weźmy dla przykładu tytułową nowele zbioru i spróbujmy streścić ją »własnymi słowami«. Bohater odwiedza ojca, który żyje »rozluźnionym« życiem na bliżej nie określonej zasadzie »cofniętego czasu« w półsennym miasteczku, odbywszy drzemkę z ojcem bohater wałęsa się po rynku, zachodzi do sklepu, w którym niespodziewanie otrzymuje przesyłkę: mały składany teleskop. Bohater nasz rozkłada teleskop, który delikatnie przeobraża się w samochód i uwozi go na rynek. Po czym w miasteczku wybucha wojna i rewolucja. Bohater wraca do pensjonatu, ale tutaj wyskakuje na niego pies – jednakże okazuje się, że to nie pies, lecz człowiek, a właściwie człowiek przełamujący się w psa i pies w człowieka. Bohater ucieka. […] Ale cóż to za kupa absurdów! Jaka dowolność związków i skojarzeń! Jaka rozwiązłość treści!”[10]
  2. Michel Laub w Dzienniku upadku (z 2011 roku) dzieli się następującą refleksją: „Za trzydzieści lat będzie niemal niemożliwe znaleźć byłego więźnia Auschwitz. Za sześćdziesiąt lat będzie bardzo trudno znaleźć dziecko byłego więźnia Auschwitz. Za trzy albo cztery pokolenia nazwa Auschwitz będzie tak samo mało znana w świecie, jak dziś Majdanek. Sobibór, Bełżec.”[11]

Przywołam teraz parę fragmentów artykułu Pawła i Marty Tomczoków, aby wskazać na łatwość formułowania arbitralnych negatywnych sądów o wierszach Kwiatkowskiego argumentowanych wątpliwymi mikroanalizami, rezygnuję przy tym z odsyłania w przypisach do źródłowego artykułu Oko zimnej ciekawości (Grzegorz Kwiatkowski, „Karl-Heinz M.”) opublikowanego w Internecie, adres jest konsekwentnie taki sam, jak odnotowany w przypisie nr 2 do niniejszego szkicu.

„Zauważmy, że w tych wierszach matki nie używają imion – mowa jest tylko o »dziecku«, »synku«, a bardziej prawdopodobne byłoby wypowiedzenie imienia oddawałoby bliskość, intymność relacji matki z dzieckiem, która mówiąc w pierwszej osobie użyłaby zapewne jakiś form zdrobniałych. Zamiast tego Kwiatkowski tworzy abstrakcyjne obrazy ekstremalnego cierpienia – oczyszczając je z osobistych kontekstów, tak aby została sama scena śmierci, opuszczenia, zrezygnowania. Jakby chodziło o wyabstrahowanie afektów, oderwanie ich od podmiotów, by stały się wizerunkami powielanymi i reprodukowanymi jak grafiki czy kadry z horrorów. Holokaust staje się w tym ujęciu zestawem klisz, które funkcjonują niczym obiegowe obrazy kultury popularnej: oderwane od źródła czy kontekstu, lecz niosące ze sobą chwilowy szok, przerażenie, estetykę grozy.” – Czy rzeczywiście zwrot matki lub ojca do syna lub córki rezygnujący z używania imion i ich zdrobnień jest naruszeniem/zerwaniem intymności i bliskości relacji? I „odpodmiotowieniem”?… Nie bardzo też zrozumieć można skojarzenie tego zwrotu z „kliszami”, „kadrami z horrorów” i „obiegowymi obrazami kultury popularnej”. Niejasne też jest, że ten zabieg stanowi jeden z elementów kształtujących „estetykę grozy”… Obrazy z wierszy Kwiatkowskiego nie są „abstrakcyjnymi obrazami cierpienia” „oczyszczonymi z osobistych kontekstów”, bo przecież właśnie anonimowość tych relacji buduje uniwersalność przedstawienia, a kontekstem nie jest osobista, indywidualna historia, lecz uniwersalne doświadczenie ludobójstwa… Do tego problemu wrócę w dalszej części niniejszego szkicu, gdy przejdę do własnych prób interpretacji wierszy. Teraz przedstawię rodzaj katalogu nadużyć autorów Oka zimnej ciekawości (Grzegorz Kwiatkowski, „Karl-Heinz M.”).

We fragmencie pt. Tanatos. Od śmierci do ekshumacji autorzy komentują dwa motywy z wierszy Kwiatkowskiego – rytuały grzebania ofiar i ekshumacji. Motywy wstrząsające, bo grzebanie, masowe i anonimowe grzebanie ofiar staje się u Kwiatkowskiego zwyczajnością, nawet formą zabawy… Krytyka tego motywu jest co najmniej nie na miejscu! Gdyby ją bronić, to trzeba skreślić z Medalionów Zofii Nałkowskiej pamiętną kwestię dzieci bawiących się na terenie wyzwolonego już obozu „Bawimy się w palenie Żydów”… A jeśli idzie o ekshumacje… tu też Tomczokowie przywołują konteksty wybiórczo… I nie chodzi mi tylko o to, że ekshumacje to „polska specjalność”, dość przypomnieć historie ekshumacji ciała gen. Sikorskiego, Witkacego czy masowe ekshumacje ofiar katastrofy smoleńskiej, ale też o wstrząsający i świetnie udokumentowany esej Jana Tomasza Grossa Złote żniwa. Przywołanie znakomitej skądinąd formuły Henryka Grynberga („Antygona”), niekoniecznie „patronującej” motywowi z wierszy Kwiatkowskiego uznać trzeba jako wybiórcze i tendencyjne. „Tuż po wojnie masowe groby żydowskie ekshumowali Żydzi powracający do swoich dawnych miast i miasteczek (często pod okiem polskiej władzy). Celem ich działań było »zabezpieczenie i oznakowanie […] miejsca śmierci […] bliskich«. Niejednokrotnie działali z narażeniem życia, w niezgodzie z wolą polskiej ludności (w jednym ze swoich opowiadań Henryk Grynberg użył niezwykle trafnego określenia »Antygona«)” – to ogólniki i eufemizmy (te wyróżniłem w cytacie) niewiele mające wspólnego z poetyckimi obrazami, a raczej z krytyką historycznego zapisu, którym poezja przecież nie jest…

We fragmencie pt. Symulacje dokumentu autorzy wskazują – i słusznie – na świadome nawiązanie wierszy Kwiatkowskiego do Umarłych ze Spoon River Edgara Lee Mastersa. A dokładniej do tego, że współczesny poeta wzorem Mastersa każe w swoich wierszach mówić zmarłym, najczęściej ofiarom ludobójstwa. Zgoda, ale jest chyba bliższa tradycja! Polskiej literatury – trupy „gadały” u Mickiewicza i Wyspiańskiego, ofiary Zagłady u Kantora i Słobodzianka (Nasza klasa) – ten kontekst jest chyba bliższy poezji Kwiatkowskiego! Mastersowi, poza przejęciem liryki roli, utwory Kwiatkowskiego niejako zawdzięczają całkiem sporo elementów poetyki – ironię (o niej jeszcze będę szerzej pisał), lakoniczność, antyozdobność i prostolinijność graniczącą z naiwnością. Czy to „dość powierzchowne” nawiązanie? Moim zdaniem – nie. A też i jak wartościować „powierzchowność” literackich nawiązań, według jakich kryteriów oceniać?… Nie bardzo wiem, ale też z omawianego tekstu się tego nie dowiaduję. Zresztą takich łatwych ocennych epitetów jest w nim więcej – imputowana wierszom Kwiatkowskiego „estetyka grozy” jest „czysta”, nie dostrzega się różnicy między świadectwem i historycznym dokumentem, łatwo ocenia się biografię Hauptmanna, ikoniczna analiza narracji Płaszcza Gogola napisana przez Ejchenbauma wpierw jest „dekonstrukcją”, by jednak pozostać później analizą, a formuła o „banalności zła” Hannah Arendt oceniona jest jako nieaktualna, czego autorzy nie uzasadniają, „kryjąc się” za późniejszymi opracowaniami o Adolfie Eichmannie.

Z tych „drobiazgów” najbardziej oburza mnie jednak taki fragment: „Chyba najbardziej dojmującym przykładem takiej zamiany perspektyw jest wykorzystanie postaci Josefa Mengelego. Z wiersza Soły, w którym powraca formuła »na podmokłych terenach u zbiegu Wisły i Soły« […], dowiadujemy się, że »mając sześć lat omal nie utopił się w beczce z deszczówki«. Zdanie to zaczerpnięte zostało z polskiej Wikipedii, a w dokładnie takim brzmieniu krąży jako… mem z demotywatorów.” Tu jest przecież wyraźna, właściwie deprecjonująca poezję Kwiatkowskiego, sugestia, że przejmuje on całe frazy swoich wierszy z Wikipedii (na dodatek polskiej) lub posiłkuje się memami z demotywatorów… Dość o szczegółach, będących moim zdaniem interpretacyjnymi nadużyciami lub z takimi graniczących. Spośród nich chyba najbardziej jaskrawym jest sugestia, by tytułową postać tomiku Karl-Heinz M. skojarzyć pośrednio z historycznym Josefem Mengele, a bezpośrednio z pasierbem lekarza-zbrodniarza z Auschwitz. Tomczokowie piszą (decyduję się na dłuższy cytat, aby zilustrować sposób rozumowania prezentowany w artykule; w cytacie wyróżniam fragmenty budzące największe wątpliwości): „Do kręgu Mengele należy, zdaje się, tytułowy Karl-Heinz M.[engele?], który miał zostać wysterylizowany w wieku czternastu lat, a zatem wówczas, gdy jego matka poślubiła Josefa Mengelego. O sterylizacji pasierba nie wspominają jednak biografie esesmana, wiadomo natomiast, że Karl-Heinz po latach przejął kontrolę nad rodzinną firmą, a jego kontakt z ojczymem, zmuszonym do ukrywania się, dość szybko się urwał. Zbyt mało tu tekstu, by rozwinąć interpretację – jeżeli jednak tytułowym bohaterem tomiku jest spadkobierca rodziny Mengele, z którego czyni się ofiarę sterylizacji, to czytelnik może poczuć się wprowadzony w błąd, gdyż krzywda swobodnie przesuwa się z ofiar na potomków sprawców.” Przyznać trzeba, że dziwaczny to tryb rozumowania – na podstawie inicjału fikcyjnej postaci literackiej i być może przypadkowej zbieżności z realną postacią historyczną (pasierbem Josefa Mengele), nawet wbrew ustaleniom biografów, zarzuca się poecie wprowadzenie czytelników w błąd oraz stawia tezę ‒ powtarzaną w artykule parokrotnie ‒ że Kwiatkowski „relatywizuje” relacje między ofiarami a sprawcami. Obydwa zarzuty niesprawiedliwe i niczego nie zmienia przypis jakim opatrzony jest cytowany fragment, w którym na podstawie internetowych źródeł Tomczokowie informują o sterylizacji Karla-Heinza Spiegla…

Właśnie etyczny relatywizm oraz manipulacja (to bodaj najczęściej używane w artykule słowo) historycznymi faktami są najistotniejszymi zarzutami krytyki poezji Kwiatkowskiego przeprowadzonej w artykule Tomczoków. Ich artykuł mieści się w porządku krytycznoliterackim, jednak przekracza jego granice wyraźnie kierując się w stronę eseju naukowego, chociażby przez całkiem sporą ilość erudycyjnych przypisów i sięganie do specjalistycznej terminologii. W wielu fragmentach ta strategia pozostawia wrażenie, że autorzy artykułu niejako kryją się za uznane autorytety humanistyki, powołują się na Schopenhauera, Sofoklesa, Massumiego (krytykującego Jamesona), Didi-Dubermana, Arendt (ale jej tezy uznając za unieważnione prze biografię Eichmanna napisaną przez Cesaraniego), Pohla, Ejchenbauma, Bohrera, Jüngera, Leviego, Brechta, Lejeune’a, Grossa, Webera, Eliasa, Rosenfelda, Barthesa, Fukuyamę, Standinga, Agambena… Trzeba przyznać, że to znakomita plejada, którą udało się pomieścić w jednym średniej wielkości artykule dotyczącym paru tomików współczesnego poety.

Etymologia słowa ‘manipulacja’ nie jest pewna, wywodzi się ono ze średniowiecznej łaciny manipulus, od łaciny klasycznej „(garść, garstka, naręcze” – manus, ręka), możliwy jest też związek z greckim Μαρέ (marē), ręka oraz ‒ pulus: oraz z łacińskim plenus (pełny) oraz plére (napełniać) lub greckimi πλήρώς plērēs (pełny) i πλήθειν (plēthein) (być pełnym); nie można wykluczyć związku z łacińskim pellere, od pellō, (rozpędzić, wprawić w ruch, dotknąć, poruszyć); lub z wyrażeniem manus pellō oznaczającym „trzymać czyjąś dłoń” lub „mieć kogoś w ręku”. Manipulacja to termin odnoszący się do zręczności w wykonywaniu danej czynności lub samej czynności przeprowadzonej w ten sposób; w następstwie oznacza także „przeinaczanie, naginanie”, „wykorzystanie do własnych celów, wywieranie (często ukryte) wpływu” oraz wszystkie działania mające na celu wywołanie konkretnych zachowań i reakcji u odbiorcy, przez co nabrał również cech pejoratywnych takich jak: „knowanie, knucie, krętactwo, machinacja, machlojka, oszustwo”. Manipulacja dotyczy nie tylko środków, ale także relacji pomiędzy nadawcą a odbiorcą.[12] Od razu chcę stwierdzić, że żadnego z elementów manipulacji w praktyce poetyckiej Kwiatkowskiego nie dostrzegam – tu nie ma „knowania, knucia, krętactwa, machinacji, machlojki, oszustwa”, nie ma też zmanipulowanej relacji do odbiorcy. Chyba że postawimy znak równości między historycznym dokumentem, relacją świadka lub ocaleńca (świadectwem zwykle złożonym kilkadziesiąt lat po poświadczanym wydarzeniu[13]), literacką fikcją i poetyckim obrazem. Ale żeby to zrobić musielibyśmy usunąć poza obręb literatury całkiem sporą część klasycznych dzieł, często od wieków kształtujących zachodnią świadomość humanistyczną. Tak rozumując, manipulacją jest też wiersz Czesława Miłosza, odnotowywany w nieomal wszystkich opracowaniach literatury „pozagładowej”. W Campo di Fiori skontaminował przecież egzekucję Giordana Bruno (autentycznej postaci historycznej) z likwidacją warszawskiego getta (autentyczne i udokumentowane zdarzenie historyczne)… Innym przykładem, także z kręgu moich literackich zainteresowań jest reakcja „zawodowych historyków” na publikację Mojego wieku (wywiadu-rzeki udzielonego przez Aleksandra Wata Miłoszowi), którzy zarzucali Watowi mylenie dat, postaci (historycznych), wydarzeń. Tomczokowie postępują podobnie, tyle że w stosunku do tekstów poetyckich nieaspirujących w żadnym fragmencie do roli wiarygodnego przekazu historycznego! Przyznam, że trudno i tę strategię pojąć, bo w ostatecznym rozrachunku jest ona rodzajem zamachu na autonomię literackiej fikcji i autonomię poetyckiego obrazu, który można w odbiorze akceptować lub nie, ale moim zdaniem nie wolno narzucać sensów, jakich tenże obraz nie generuje. I nie chodzi mi tutaj o intencjonalność tekstu, w którą mocno wątpię. Raczej o jego retoryczność – Kwiatkowski i jego podmiot na poziomie retoryki nie narzuca odbiorcy swojego doświadczania Zagłady, doświadczenia niejako ufundowanego na podstawie nabytej wiedzy, lektury, kontaktu z pozagładowymi „nie-miejscami”. Jest w sytuacji, którą skrótowo i dosadnie określił w cytowanym na początku fragmencie Dziennika upadku Michel Laub, jest w gronie tych, dla których: „nazwa Auschwitz będzie tak samo mało znana w świecie, jak dziś Majdanek, Sobibór, Bełżec”…

Cytowany na początku niniejszego szkicu Gombrowicz napisał „potworne bzdury” o opowiadaniu Brunona Schulza. „Bzdury”, jeśli małostkowo nie zauważy się ironicznego gestu autora Ferdydurke, przy okazji kpiącego przecież z obserwowanej przez niego u schyłku międzywojennego dwudziestolecia praktyki krytycznoliterackiej. Otóż mam takie poczucie, że w omawianym artykule Tomczokowie nie zauważyli właśnie ironii „pracującej” w poezji Kwiatkowskiego, gdy usiłują „poprawić” faktografię (której w poetyckich obrazach w sensie historycznej dokumentacji po prostu nie ma) lub gdy zarzucają tej poezji (czyli też autorowi, bo jest w szkicu Tomczoków sugestia tożsamości poety i podmiotu autorskiego jego wierszy) „etyczny relatywizm”. Zacytuję jeszcze jeden fragment tego artykułu: „Antynatalistyczna wyobraźnia karmi się także obrazami porodu w sytuacji ukrywania się. W wierszu strych kobieta deklaruje »dziura w ziemi / nora pod chlewem czy strych / wszędzie urodzę / nie potrzebuję wiele: / dziura w ziemi / nora pod chlewem czy strych« […], a w rodzić: »przetrwać w ziemiance / w lesie w stogu siana / czy w dziurze pod chlewem / wszystko byleby przetrwać / i dalej rodzić« […]. Przetrwać i rodzić, wszędzie i dalej – to formuły woli życia, witalizmu, który jednak w kontekście filozofii Schopenhauera jawi się jako zwierzęcy instynkt godny pogardy, gdyż podporządkowujący rozum dyktatowi popędu seksualnego…” Dla poprawności i wiarygodności oraz zachowania grafii utworów przytoczę obydwa wiersze Kwiatkowskiego:

strych

dziura w ziemi
nora pod chlewem czy strych
wszędzie urodzę
nie potrzebuję wiele:
dziura w ziemi
nora pod chlewem czy strych

rodzić

przetrwać w ziemiance
w lesie w stogu siana
czy w dziurze pod chlewem
wszystko byleby przetrwać
i dalej rodzić

Muszę pominąć narzucony wierszom Kwiatkowskiego i założony przez autorów omawianego artykułu a priori kontekst interpretacyjny – „antynatalistyczne akcenty w filozofii Schopenhauera”. Po jego odrzuceniu to są przecież utwory o zachowaniu woli przetrwania pomimo kontekstu holokaustowego zagrożenia, mimo tragedii Zagłady. Przetrwania, także by dać świadectwo! O tym jest moim zdaniem parę wierszy z tomiku Karl-Heinz M. (sprowadziła, ludzi, grobem, rodzic, zbierać). Także, właśnie dzięki ironii, wstrząsające wyznanie z takiego dwuwersowego utworu:

zrobi

szczególnie przyjemne jest grzebanie małych dzieci
ponieważ wie się że nikt im już niczego złego w życiu nie zrobi

Schopenhauerowska opozycja popędu i rozumu, przez pryzmat której interpretują utwory Kwiatkowskiego Tomczokowie prowadzi do anihilacji z tej poezji ironii, co już samo w sobie jest nieuprawnione i niebezpieczne, ale prowadzi też do dyskursu we współczesnej ponowoczesnej humanistyce ważnego i modnego – dotyczącego seksualności i tożsamości płci. Że modnego, to zrodziło zagrożenie jego banalizacją i zestereotypizowaniem. Nie jest przecież tak, że każdy literacki obraz poczęcia czy narodzin włącza się w ten dyskurs! „Zwierzęcy popęd seksualny” – jeśli się w poezji Kwiatkowskiego pojawia – znaczy tu ni mniej ni więcej po prostu wolę przetrwania ludzkiego gatunku. A historyczny kontekst (Zagłada, ludobójstwo) ironicznie wzmacnia grozę jednostki wobec ludobójstwa i staje się znakiem jej heroizmu. Nie mają te obrazy wiele wspólnego sugerowaną w artykule „estetyką grozy”, która triumfalnie zawładnęła sporą część kultury popularnej. Takich kontekstów jest zresztą w artykule przywołanych więcej, rodzą wątpliwości i pytania – co uprawnia włączanie wierszy Kwiatkowskiego w ponowoczesną z lewicowych pozycji przeprowadzoną krytykę kapitalizmu?; Gdzie Kwiatkowski „symuluje” dokumenty, skoro w jego wierszach znaleźć można co najwyżej parafrazy świadectw?; Jak się ma Lejeune’owska analiza autobiografii (jej przecież dotyczy „pakt autobiograficzny”) do niej (autobiografii) poezji, skoro po pierwsze francuski badacz wyklucza tekst poetycki z obszaru autobiografii, a po drugie wiersze Kwiatkowskiego nie mają żadnych cech autobiografii, wyklucza je chociażby konsekwentnie stosowana w nich liryka maski?; Jak się ma wnikliwa analiza Płaszcza Gogola, dotycząca przewartościowania kategorii realizmu, do wierszy Kwiatkowskiego?; Na jakiej podstawie z mnogości prac poświęconych Zagładzie, w większości stawiających tezę, że Auschwitz przekracza granice wyobraźni i możliwości poetyckiego obrazowania, autorzy jako kontekst wierszy Kwiatkowskiego arbitralnie wybierają krytyczne stanowisko Bohrera? Pytania mógłbym rozmnażać, podstawowym jest pytanie o obecność (lub nie) w poezji Kwiatkowskiego Schopenhauera, antynatalizmu i „gnostyckiej ekonomii obojętności”. Wszystko to sprawia wrażenie, że autorzy omawianego artykułu nie interpretują wierszy Kwiatkowskiego, lecz usiłują przekonać, że są one ilustracją (negatywną!) z góry założonej tezy.

Kwiatkowski w swoich wierszach sięga po poetykę liryki maski, „mówią” w nich postaci z historycznych przekazów i relacji świadków oraz ocalonych. Stosunkowo często „mówią” z perspektywy „zagrobnej”, „gadają” po prostu trupy. To też gest ironiczny! Nawiązujący – o czym już wspominałem – do tradycji Umarłych ze Spoon River oraz Mickiewiczowskich Dziadów, Wyspiańskiego, Słobodzianka. „Trupia” perspektywa pozwala mówić dosadniej, pozwala też operować skrótem, pozwala na odrealnienie przedstawionego obrazu, pozwala na poetykę przewrotnej skargi. Wiersze Kwiatkowskiego są ascetyczne, operują skrótowym obrazem, unika się w nich jakiejkolwiek oceny. Te obrazy są w znakomitej większości przerażające, rozplenione w nich zło przekracza granice wyobraźni, podmiot autorski niejako wycofuje się, kryje za nimi, „patrzy” na nie nie z ciekawości, a moim zdaniem z przerażenia i bezradności, bo zło wraz z klęską III Rzeszy i końcem realizowanego przez nią „planu ostatecznego rozwiązania” trwa w świecie dalej (tu przypominam chociażby wiersz Sylvie Umubyeyi, ur. 1974* z tomu Radości). Podmiot autorski Kwiatkowskiego nie jest ciekawskim podglądaczem, bliższy jest biblijnej figurze słupa soli… W tych wierszach „patrzy się” nie „okiem zimnej ciekawości”, a „okiem dostrzegającym grozę świata”. W tych wierszach nie sięga się po „estetykę grozy”, świat Kwiatkowskiego po prostu taki jest… A może szerzej – świat po prostu taki jest?…

Nie czuję się krytykiem literackim, konsekwentnie starałem się dotąd nie uczestniczyć w krytycznoliterackich polemikach, to nie mój temperament. Ale jestem nałogowym właściwie czytelnikiem prac krytycznoliterackich, coraz bardziej zaniepokojonym współczesną praktyką krytycznoliteracką. Przeintelektualizowaną, w coraz większym stopniu zajmującą się sama sobą, sporami, polemikami itd. Literaturę coraz częściej traktując jako pretekst do tych połajanek, okazując jej swoją (zwykle rzekomą) intelektualną wyższość. W moim przekonaniu artykuł Tomczoków jest ilustracją tych zjawisk… A że poezja Kwiatkowskiego mnie jako po prostu czytelnika poezji poruszyła, postanowiłem się – wbrew sobie – odezwać. Nie czuję się tą poezją zmanipulowany, oszukany, przemieszczony w stronę popkulturowej papki… Żeby – już na koniec – było jasne: Nie napisałem tu paszkwilu na Martę i Pawła Tomczoków, których praca w większości znam oraz cenię i ‒ jak każdemu – pozostawiam im wolność ideowych, światopoglądowych i etycznych ocen i wyborów. Nie zgadzam się jednak na instrumentalizowanie poezji podporządkowywanie jej tymże wyborom.

Józef Olejniczak, www.biuroliterackie.pl

FacebookTwitter