Skip to content

Recenzja Spalania – Popmoderna

„Fundamentalne przeświadczenie o chytrej wszechobecności zła wydaje się tym, co spina wiersze zawarte w tomie Spalanie Grzegorza Kwiatkowskiego. Tak w każdym razie staram się rozwikłać problem pozornej niekoherencji, wobec którego autor stawia swoich czytelników, między innymi ukrywając własne imię i nazwisko (brak go na okładce) i w każdym utworze oddając głos innej postaci, oglądającej świat z innej perspektywy.

Tematyka utworów w Spalaniu krąży wokół kilku motywów, takich jak śmierć, Holokaust, widma przeszłości, vanitas. Ale proste skatalogowanie lub zajęcie określonego stanowiska nie było, jak się wydaje, intencją poetą. I ja się przed tym wzbraniam, a wartości zbioru upatruję przede wszystkim w fascynującej próbie lawirowania pomiędzy tematami –kamieniami milowymi – w taki sposób, by przy każdym okrążeniu odkrywać nowe aspekty rzeczy. Chwilowe przebłyski światła wyostrzają u Kwiatkowskiego jedynie głębię mroku. To posępny relatywizm – dotyka immanentnego zła, w którym jesteśmy zanurzeni, a które – oglądane z ograniczonej, fragmentarycznej perspektywy – często wydaje się zupełnie niewinne.

Owa podwójna dykcja jest akcentowana przez autora od samego początku. Zbiór otwiera motto, wypowiedź Papageno z Czarodziejskiego fletu Mozarta: jam ptasznik biedny/ dopiero z lasu przychodzę wesoły/ hopsasa hopsasa. Lekka i z pozoru klarowna wypowiedź zostaje niejako wprawiana w rotację przez kolejne wiersze z tomu. Gdy las okazuje się w świecie poetyckim Spalania miejscem zbrodni nazistowskich, tłumaczone przecież z języka niemieckiego motto, spuentowane pogodnym zawołaniem, odkrywa swój demoniczny wydźwięk. Wraz z rzednącą miną czytelnik orientuje się, że biedny i wesoły ptasznik to etymologicznie łowca ptaków, więc – beztroski zabójca.

Sęk w tym, że autor nie demaskuje wprost i nie rozlicza się z utajonym złem, a jedynie zaznacza jego chytrą naturę. Konstruuje obrazy tak, by były nim subtelnie podszyte, jak w życiu. Bada w ten sposób wrażliwość czytelnika? Wzmaga jego podejrzliwość? Stawia pytanie o stopień uodpornienia na językową (kulturową) manipulację? W każdym razie gest artystyczny Kwiatkowskiego nie polega na osądzaniu rzeczywistości, ale na jej wiernym naśladowaniu. Poeta wyostrza tkwiące w świecie sprzeczności (pod prąd głównemu nurtowi kultury i mechanizmom psychologicznym) i w ten sposób prowokuje do reakcji czytelniczej – konsternacji, niedowierzania, w końcu krytyki.

Podmiot wiersza dawno temu (s. 8) nie odmawia na przykład zbrodniarzom hitlerowskim ich nowej tożsamości. Bo dlaczego miałby, skoro dla dzieci (przynajmniej na pewnym etapie życia) ojciec rzeczywiście był jedynie drwalem czy dyrektorem fabryki czekolady. Na dodatek nie są to historie wymyślone, wiarygodność tych relacji pieczętują przywołane w wierszu autentyczne nazwiska oprawców, którzy uniknęli kary. Autor uzupełnia narrację o Holokauście o tego typu niepopularne aspekty. Sytuuje się ponad tak skonstruowaną, polifoniczną opowieścią i kwituje ją cynicznym (bo lekceważącym wobec powszechnie obowiązujących modeli) śmiechem. Przy czym nie jest to śmiech wyszydzający, ale raczej przełamujący pewien impas.

Świat poetycki Spalania uwikłany jest w niemieckość. Na polskich cmentarzach spoczywają niemieckie ciała, niemieccy drwale wspominają (z przyczyn, których można się jedynie domyślać) podmokłe tereny u zbiegu Wisły i Soły (dawno temu, s. 8; Soły, s. 10), dzieci w bawarskiej wsi śpiewają przy otwartym oknie Brucknera/ […] marzy im się wąwóz usłany ciałami (również, s. 24), potomek Schuberta jeździ na rozstrzeliwania i nuci melodie skomponowane przez przodka. Trójmiejski poeta wychodzi od analizy bliskich mu terytorialnie doświadczeń, od drążenia historii swojej małej ojczyzny. Dostrzega w niemieckiej kulturze, mentalności, wychowaniu fenomen koegzystencji estetycznego piękna i moralnego bestialstwa. Uświadamia sobie i czytelnikowi mechanizmy, które pozwoliły na pewnym etapie dziejowym uzgodnić te dwa porządki, a później – przepracować ewentualne poczucie winy.

Kwiatkowski ostatecznie wychodzi jednak poza lokalność, a zaobserwowane przez niego na znajomym gruncie prawidłowości okazują się mieć całkiem uniwersalne zastosowanie. Mistrzowski pod tym względem jest wiersz otwierający zbiór – monolog pełen ironii i dialogowych zwrotów akcji – pt. spalanie (s. 7): mój niedzielny przyjacielu:/ przez lata chodziliśmy na długie leśne spacery/ ty miałeś dzieci i żonę/ ale mimo to znajdowałeś dla mnie czas// […] wreszcie umarłeś// ale szybko pojawił się ktoś nowy/ i dobrze wypełnił mi twój brak// gdyby nie wczorajszy sen o tobie/ nigdy bym już ciebie nie wspomniał. Bezczelna wypowiedź wyjawia egoistyczne motywy wchodzenia w relację przyjacielską oraz jest wyrazem butnej przewagi żyjącego nad umarłym. Pobrzmiewa w niej zarzut (przez skojarzenie z określeniem „niedzielny kierowca” – okazjonalny, gorszej kategorii; „niedzielny przyjaciel” to w zasadzie oksymoron), połączony z relacją władzy i podporządkowania (poświęcał dla przyjaciela życie rodzinne, a więc krzywdził dla niego żonę i dzieci). Antypatyczny podmiot tego wiersza musi budzić niechęć, a jednak – czy w przerysowanej formie nie prezentuje mechanizmów, w które do pewnego stopnia wszyscy jesteśmy uwikłani? Podobnym roztrząsaniom i bezceremonialnej dekonstrukcji podlegają w Spalaniu kolejne uświęcone przez tradycję wartości: życie, narodziny, śmierć, rodzicielstwo itd.

Poezja Grzegorza Kwiatkowskiego wykazuje pewne podobieństwa do twórczości Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Obaj sięgają do trudnej historii swoich regionów, są spadkobiercami wielu kultur, błąkają się po cmentarzach, cytują napisy nagrobne, w końcu – powtarzają w swoich utworach pewne wersy, za każdym razem umieszczając je w nowych kontekstach. Owa „piosenkowość” u Dyckiego bierze się z przekonania o wyczerpaniu języka. Taka koncepcja zakłada istnienie przedmiotu opisu, a jedynie zawodność narzędzi poznawczych. Ludzka niemoc wobec potęgi metafizyki. Wizja Kwiatkowskiego wydaje się pod tym względem bardziej pesymistyczna. W Spalaniu obiekty ulegają rozmyciu. Nie ma śmierci z całym jej kulturowym sztafażem, to nowe życie spycha i dopala stare// energia/ energia// spalanie/ spalanie (spalanie, s. 7). Nie ma zbrodniarzy: nasz prawdziwy zawód to rolnictwo/ nie zabijanie (plony, s. 11). Nie ma wartościowania i hierarchii: podczas wojny układaliśmy ciała jak drewno/ ale już po wojnie układaliśmy w lesie drewno/ jak świeżo ścięte ciała (leśnik Danz, s. 12). Nie ma transcendencji, obowiązuje jedynie porządek ludzki, w którym kultura i psychologia łagodzą traumy, zaklinają rzeczywistość. Człowiek etykietuje, nadaje nazwy, które mają ukoić prymarny przestrach: choroby i wirusy posiadają imię/ należy mu się imię/ należy mu nadać imię/ musimy do uspokoić!/ musimy go uciszyć!/ i coś mu wreszcie dać! (dać, s. 15).

Wychowanie, kultura, język to konwencje, za pomocą których można uporać się z przerażającą prawdą, oswoić tragedię narodzin, oczyścić się z piętna winy przodków, słowem: zaznać ukojenia. Tworzenie literatury jest niewątpliwie częścią tego mechanizmu. Kwiatkowski dostrzega jednak niepokojący wymiar zjawiska. Dlatego jest nieufny wobec wszelkich oczywistości i pewników, uparcie wytyka ich pozorny charakter. To poeta, który nie pozwala żadnemu „wielkiemu problemowi” zastygnąć w bezruchu, ale nieustannie go trąca, drąży, by przypominać o ukrytym w każdym zjawisku splocie dobra i zła. Zwłaszcza zła.”

Malwina Mus, Popmoderna

FacebookTwitter