Skip to content

Wywiad na łamach portalu Uwolnij Muzykę

Gdański zespół Trupa Trupa wydał w marcu w Wielkiej Brytanii trzeci album zatytułowany “Headache”. Grupa od lat cieszy się uznaniem nie tylko trójmiejskiej publiczności. Formacja ma na swoim koncie występy w radiowej Trójce, na OFF Festivalu i dwukrotny występ na festiwalu Open’er. O nowym krążku opowiedzieli wokalista Grzegorz Kwiatkowski oraz perkusista Tomasz Pawluczuk.

Tomasz Błaszkiewicz: Od premiery albumu “Headache” minęło już trochę czasu. Zagraliście w tym czasie kilkanaście koncertów. Grzegorz, wspominałeś kiedyś, że wasza muzyka najlepiej sprawdza się w wersji studyjnej. Ostatnia trasa zweryfikowała twój pogląd?

Grzegorz Kwiatkowski: Okazuje się jednak, że trochę się pomyliłem. Nowa płyta i nowe utwory pewnie przez ich długość, repetycje i głośność działają w wersji koncertowej bardzo dobrze.

Przy okazji “Headache” da się zauważyć delikatną zmianę brzmienia, momentami jest ciepło, beatlesowsko, jednak w ostatecznym rozrachunku trudno mówić o rewolucji. Cenisz stałość?

Grzegorz: Moim zdaniem brzmienie nowej płyty jest inne niż poprzednich, ale nadal gramy na tych samych instrumentach, więc nie może być mowy o rewolucji. Zresztą ja naprawdę cenię sobie stałość, powolną ewolucję i rozwój. Nie lubię szamotania i podenerwowania. Za brzmienie płyty jest odpowiedzialny Michał Kupicz, który nigdy nie był na naszym koncercie, ale wymyślił brzmienie na nowo. Wysłał nam trzy propozycje miksów i zaakceptowaliśmy jego pierwszą propozycję, czyli połączenie ciepłego brzmienia z naszym nieco mrocznym klimatem.

Zaufaliście od początku?

Tomek Pawluczuk: Może nie od początku, ale zaraz po pierwszych efektach. Muszę przyznać, że początkowo brzmienie zaproponowane przez Michała było dla nas tak inne od dotychczasowego, że mieliśmy trochę wątpliwości. Po jakimś czasie oswoiliśmy się jednak z jego punktem widzenia.

Grzegorz: Pomógł też fakt, że znaliśmy wcześniejszą twórczość Michała, wiedzieliśmy z kim współpracujemy. Dla mnie osobiście była to bardzo owocna kooperacja, bo udało nam się stworzyć nieoczywiste treści, zaskoczyliśmy trochę samych siebie.

Podobno nagraliście płytę na “setkę”. To prawda?

Tomek: Tak, w zasadzie wróciliśmy do metody nagrywania, która jest bardziej charakterystyczna dla debiutanckich albumów. Przy “Headache” stwierdziliśmy, że najlepiej gra nam się wspólnie, jesteśmy dość zgrani i nie warto tworzyć sztucznych sytuacji, nagrywając płytę “na ślady”.

Grzegorz: Atmosfera była raczej domowa, co też ma związek z tym, że przez ostatnie pięć lat zdążyliśmy się dobrze poznać, wiemy co chcemy grać.

Dotarliście się?

Grzegorz: Myślę, że to idealne słowo. Dalej mamy nad czym pracować, ale wydaje mi się, że z każdym rokiem popełniamy coraz mniej błędów, korzystamy z doświadczeń. Wiesz, najważniejsze, żeby nasza czwórka była zadowolona z tego materiału. Jeśli jeszcze komuś nasza muzyka się spodoba to super, ale nigdy nie będziemy schlebiać gustom. Tworzenie pod obecne trendy mija się z celem. Oczywiście, staramy się docierać do różnych odbiorców, ale nie za cenę populizmu artystycznego.

Płytę wydała brytyjska wytwórnia Blue Tapes and X-Ray Records. Czy w związku z tym pojawiło się więcej wymiernych korzyści z tytułu tej współpracy? Mam na myśli np. większe szanse na zagraniczne trasy koncertowe.

Grzegorz: W naszym wypadku nie ma raczej mowy o takich tradycyjnych trasach koncertowych, ale rzeczywiście jakieś szanse się pojawiły i możliwe, że już wkrótce coś z tego wyjdzie.

A z czego wynika fakt, że dwie poprzednie płyty wydaliście własnym sumptem?

Tomek: Wydając te płyty samodzielnie mieliśmy kontrolę nad każdym aspektem, zaczynając od rejestracji utworów, a kończąc na oprawie graficznej i sposobie promocji. Taka kontrola daje nam poczucie pełniejszego spełnienia. Teraz trafiliśmy na Davida McNamee z Blue Tapes, którego myślenie o muzyce jest zbliżone do naszego. W zasadzie nie było nawet cienia ryzyka, że coś może pójść nie po naszej myśli.

Grzegorz: Po kilku latach, gdy wydawaliśmy te płyty sami, teraz możemy powiedzieć, że czujemy się jak w domu. Spotkanie z Davidem to sytuacja czysto komfortowa i bez napięcia.

Niedawno zajrzałem na YouTube i “Koszula w kwiaty” to wciąż najczęściej słuchany utwór waszej grupy. Nagracie coś jeszcze po polsku?

Grzegorz: Ta piosenka po prostu powstała bez stawiania sobie pytań czy to dobrze, że jest z polskim tekstem. Nie kalkulujemy. Gdybyśmy dzisiaj postawili sobie za cel napisanie kilku piosenek z polskim tekstem to pewnie coś by powstało, ale nie byłyby to tak dobre utwory, jak moim zdaniem “Koszula w kwiaty” czy “Opór”. To kwestia intuicji i tworzenia pod wpływem absolutnie naturalnych sytuacji, a nie na siłę.

Panuje powszechna opinia, że siła zespołu Trupa Trupa tkwi w charakterystycznym, mrocznym klimacie, który pozwala odróżnić was od innych, przepraszam za uproszczenie, gitarowych kapel. Czy klimat da się wypracować?

Grzegorz: Za wizualizację na koncertach odpowiada Kasia Łygońska, plakaty i okładki robi Tomek, ale też basista Wojtek Juchniewicz (EP i zdjęcie na okładkę “Headache”). To bierze się z tego, że wszystkie te osoby są absolwentami Akademii Sztuk Pięknych i po prostu próbujemy robić wszystko sami i po swojemu. Zatem u nas to nie jest kwestia wypracowania, po prostu tak wyszło.

Grzegorz, jesteś współautorem tekstów, które pojawiły się na “Headache”. To wasza wspólna, zespołowa wypowiedź czy raczej jako poeta przejąłeś pałeczkę?

Grzegorz: Teksty piszę i ja i Wojtek Juchniewicz, ale równie dobrze mógłby je pisać Rafał Wojczal albo Tomek. To raczej nasza wspólna, zespołowa wypowiedź. Wydaje mi się, że każdy z nas odnajduje się w tych treściach. Poezja nie ma tutaj wielkiego wpływu, chociaż na pewno moje podejście do słowa jest w pewien sposób pedantyczne i zanim płyta zostanie nagrana, przyglądamy się tym treściom pod lupą.

W jednym z wywiadów wspomniałeś, że spełniasz się poprzez dobre piosenki. Kiedy piosenka jest dobra?

Grzegorz: Piosenki są moim zdaniem i dla mnie dobre wtedy, kiedy wciąż działają, mimo upływu czasu i wielokrotnego kontaktu i w dodatku kiedy w jakiś sposób podważają i atakują wykonujące je osoby.

Jakiś czas temu spotkałem się z opinią, że rynek muzyczny działa w dość prosty sposób tzn. główny nurt korzysta z tego, co przynosi mu alternatywa. Mówiąc kolokwialnie, wsiąka treści, artystów, którzy mogą okazać się przystępni dla przeciętnego słuchacza. A to z kolei oznacza, że artysta chcąc być na topie, mieć pełne sale koncertowe, musi w pewnym momencie pójść na kompromis. Podzielasz ten pogląd?

Grzegorz: Chyba nie mogę się zgodzić. Świetne rzeczy dzieją się i w alternatywie i w mainstreamie. Oczywiście więcej jest ich w alternatywie, ale moim zdaniem takie zespoły jak Radiohead, Sonic Youth, The Beatles to zjawiska bardziej masowe niż niszowe. Nawet grupa Swans robi się powoli zjawiskiem masowym. Są też zjawiska czysto komercyjne i cyniczne, które i tak są wybitne. Na przykład płyta “Ultraviolence” Lany Del Ray.

www.uwolnijmuzyke.pl

 

FacebookTwitter